Odziedziczyłam pałac i psa po pani Zofii. Testament rozbił rodzinę, a on jeden uratował mnie przed sobą
Wbiegłam na śliski, marmurowy korytarz i zobaczyłam go dopiero w ostatniej chwili — pies pani Zofii szarpał się na smyczy, a jego łapa zostawiała czerwone ślady na jasnej posadzce. Próbowałam go złapać za obrożę, ale wyrwał się i wpadł w uchylone drzwi na schody. Z dołu dobiegł trzask, jakby coś ciężkiego uderzyło o poręcz, i przez sekundę nie wiedziałam, czy spadł, czy zniknął w labiryncie domu.
To było kilka dni po tym, jak notariusz w Rzeszowie odczytał testament. Pani Zofia, nasza sąsiadka z drugiej strony ulicy, zostawiła „nieruchomość wraz z wyposażeniem” mnie i Michałowi. Wszyscy mówili „pałac”, choć to był raczej podupadły dworek na obrzeżach miasteczka, z zarośniętym parkiem i zapachem wilgoci w ścianach. W testamencie była też jedna linijka: „Opiekę nad psem, Borysem, powierzam Annie”. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że to zdanie będzie ważniejsze niż cały budynek.
Byłam świeżo po rozwodzie, ale nie chcę robić z tego epopei. Po prostu zostałam sama w mieszkaniu w bloku, z cichą kuchnią i praniem, które schnęło w przedpokoju. Najgorsza była cisza po pracy. Wracałam, zdejmowałam buty, a potem nie było już nic, co by mnie pchało do jutra. Michał, mój brat, miał rodzinę. Ja miałam kalendarz w telefonie i wrażenie, że wypadłam z czyjegoś planu.
Testament miał być jak koło ratunkowe. W głowie zaczęłam liczyć: może sprzedamy, spłacę kredyt, odłożę na coś swojego. Nie zdążyłam się nacieszyć tą myślą. Już następnego dnia zadzwoniła ciotka Halina i powiedziała, że to „skandal”, bo pani Zofia „oszukała rodzinę”. Potem odezwał się kuzyn Krzysiek, którego nie widziałam od lat, a nagle pamiętał, że „Zofia obiecywała”. Telefon grzał się od wiadomości, w których było więcej jadu niż pytań.
Pierwszą nieodwracalną decyzję podjęłam przez psa. Notariusz zapytał, czy przyjmuję obowiązek opieki. Michał spojrzał na mnie, jakby to była drobnostka. A ja, zamiast powiedzieć „nie”, usłyszałam własny głos: „Tak”. Nie wiem, czy to była litość, czy przekora. Może strach przed pustym mieszkaniem. Wyszłam z kancelarii z papierami i poczuciem, że podpisałam coś większego niż spadek.
Borys nie był rasowy i nie był ładny w instagramowym sensie. Średni, szorstka sierść w kolorze mokrego piasku, jedna łata na uchu ciemniejsza, jakby ktoś go tam przypalił słońcem. Pachniał starą budą i czymś kwaśnym, jak mokry koc, który leżał w piwnicy. Kiedy pierwszy raz pogłaskałam go po karku, poczułam pod palcami twarde strupy. Zadrżał, ale nie uciekł. Oddychał szybko, płytko, jakby wciąż był gotowy do ucieczki.
Po pani Zofii został też dom, który udawał, że jest pałacem. W środku czuć było kurz zmieszany z zapachem lawendy, bo ona wszędzie wciskała saszetki. W kuchni stał stary piec kaflowy, a w salonie ciężkie zasłony, które śmierdziały dymem i wilgocią. Na podwórzu było mokro, bo w marcu śnieg topniał w brudne kałuże. Wiał wiatr, co wciskał się pod kołnierz i robił z człowieka małe, zziębnięte zwierzę.
Zaczęły się przeszkody, o których nikt nie mówi w rodzinnych kłótniach. Mieszkanie w bloku miało regulamin: psy tylko do pewnej wielkości, a Borys był „na granicy”. W pracy miałam zmianowy grafik w sklepie budowlanym. Rano otwarcie, czasem do późna. Jak wyprowadzać psa? Jak go zostawić w mieszkaniu, kiedy wyje do drzwi? Pierwszą noc skakałam na każdy dźwięk. On drapał w panele, a ja miałam w ustach smak kawy i wstydu.
Michał powiedział: „Zostaw go w dworku, przecież tam jest miejsce”. A ja pojechałam tam sama, z torbą karmy i jego smyczą. Padał drobny deszcz, taki, który robi na twarzy zimne igły. Borys nie chciał wejść do środka. Zapierał się łapami, a ja czułam pod palcami, jak napięte ma mięśnie. W końcu przyklękłam i przyciągnęłam go do siebie. Jego sierść była mokra i szorstka, a on oparł mi łeb na kolanie. To było pierwsze ciepło, które poczułam od dawna. Nie z grzejnika, tylko żywe.
Spadek zaczął rozbijać rodzinę jak młot. Ciotka Halina przyjechała z papierami, które wydrukowała z internetu, i krzyczała w salonie, że „to się unieważni”. Krzysiek chodził po pokojach i robił zdjęcia, jakby już dzielił meble. Michał próbował mediować, ale w końcu zaczął mówić ich językiem: „Może jednak powinniśmy coś im dać, żeby był spokój”. Ja czułam, jak we mnie rośnie zmęczenie, takie lepkie, które pachnie potem i nocami bez snu.
Borys reagował na te awantury. Kiedy głosy się podnosiły, stawał przy mnie, nie szczekał, tylko wpatrywał się w ludzi i ciężko oddychał. Słyszałam jego oddech jak małą pompę. Raz, gdy Krzysiek podszedł za blisko i machnął ręką w moją stronę, Borys warknął tak nisko, że wszyscy zamilkli. To nie było teatralne. To było „stop”. Wtedy zobaczyłam, że on nie jest tylko obowiązkiem. On jest granicą.
Druga nieodwracalna decyzja przyszła szybciej, niż się spodziewałam. W tygodniu, kiedy mieliśmy spotkać się u prawnika, Borys zaczął kuleć. Łapa, ta od krwi na marmurze, spuchła. Zawiozłam go do weterynarza w powiatowym mieście. W poczekalni śmierdziało spirytusem i mokrą sierścią innych psów. Ludzie siedzieli w kurtkach, bo grzejnik nie działał. Weterynarz powiedział: „Zakażenie, może ciało obce. Trzeba naciąć, antybiotyk, kontrola”. Wysunął rachunek, a ja poczułam, jak robi mi się gorąco w karku. To było pół mojej wypłaty.
Mogłam wtedy powiedzieć: „Nie stać mnie, oddam go”. Schronisko było w okolicy, znam je z ogłoszeń. Ale ja zapłaciłam. Wzięłam dodatkową zmianę, a potem drugą. Zrezygnowałam z planu, żeby odłożyć na remont łazienki. To była decyzja, której już nie odkręcę, bo od tego momentu moje pieniądze przestały być „moje”. Stały się „nasze”. I to mnie wkurzało. Wkurzało mnie, że czuję się odpowiedzialna za coś, czego nie wybierałam. A jednocześnie, kiedy w domu kładł się obok kanapy i jego ciepło przebijało się przez materiał, robiło mi się lżej.
Z czasem nasze życie ustawiło się pod spacery. O świcie na osiedlu pachniało piekarnią i spalinami z pierwszych autobusów. Borys ciągnął mnie pod krzaki, a ja marudziłam, że zimno. W kwietniu zrobiło się cieplej, ale deszcze nie odpuszczały. Chodniki błyszczały, a w kałużach odbijały się bloki. Na spacerach zaczęłam spotykać sąsiadkę z parteru, panią Elę. Zawsze miała reklamówkę z Biedronki i minę, jakby świat ją męczył.
Pewnego dnia Borys wyrwał się do niej i wsadził nos w jej dłoń. Pani Ela najpierw się cofnęła, a potem, ku mojemu zdziwieniu, pogłaskała go po pysku. „On taki… spokojny” — powiedziała. Ja odpowiedziałam coś głupiego, że „czasem”. Zaczęłyśmy rozmawiać. O tym, że klatka śmierdzi papierosami, że administracja nic nie robi, że ceny w aptece zwariowały. To były zwykłe rozmowy, ale dla mnie były jak powrót do ludzi.
Wojna o testament nie ucichła. Michał coraz częściej mówił, że mam „odpuścić dla świętego spokoju”. W końcu, podczas jednej kłótni w dworku, powiedział mi, że przesadzam i że „pies zrobił mi wodę z mózgu”. To zabolało bardziej, niż powinno. Wtedy Borys podszedł do Michała, powąchał jego buty i usiadł między nami. Jakby chciał, żebyśmy przestali.
Trzecia nieodwracalna decyzja przyszła w nocy, w maju. Wróciłam z późnej zmiany, padłam na łóżko w ubraniu. Borys leżał obok i nagle zaczął się rzucać. Jego brzuch był twardy, ślina ciekła mu z pyska. Słyszałam, jak charczy, jakby nie mógł złapać powietrza. W głowie miałam tylko jedno: „Nie teraz, nie po tym wszystkim”. Złapałam go za kark, poczułam pod palcami jego drżenie. Wybiegłam na klatkę. Windy nie było, więc zbiegłam po schodach, obijając się o poręcz.
Nie mam auta. Taksówka w nocy w naszym miasteczku to loteria. Zadzwoniłam, jedna firma odmówiła, bo „pies”. Druga kazała czekać czterdzieści minut. Stałam na chodniku, było chłodno, a z trawników szedł zapach mokrej ziemi. Borys leżał przy moich nogach i oddychał szybko, jakby każdy oddech był ostatnim. W końcu zadzwoniłam do Michała. To była decyzja, którą przełknęłam jak gorzką tabletkę.
Przyjechał po dwudziestu minutach, w dresie, z miną wściekłą i przestraszoną naraz. W samochodzie było czuć jego papierosy i odświeżacz, który miał udawać las. W milczeniu trzymałam Borysa na kolanach. Czułam jego serce, jak bije mi przez ręce. Michał jechał za szybko, a ja patrzyłam na ciemne pola za oknem i myślałam, że jeśli on umrze, to ja nie będę miała już nic, co mnie trzyma.
W lecznicy dyżurnej było jasno i zimno. Pielęgniarka wzięła go na stół, a ja zostałam z Michałem pod drzwiami. Powiedział cicho: „Nie wiedziałem, że to tak wygląda”. Ja też nie wiedziałam. Po godzinie lekarz powiedział, że to skręt żołądka. Trzeba operować natychmiast. Koszt był taki, że poczułam mdłości. Michał spojrzał na mnie i zapytał: „Masz?”. Pokręciłam głową.
I wtedy stało się coś, czego nie cofnę. Powiedziałam: „Jeśli pomożesz, to jutro idziemy do mediatora. Koniec tej wojny. Albo się dogadujemy, albo sprzedajemy i znikamy z tego domu”. To nie była groźba. To była moja granica, postawiona przez psa. Michał westchnął, wyjął kartę i zapłacił połowę. W jego oczach zobaczyłam zmęczenie, nie złość. Jakby pierwszy raz też poczuł, że coś jest ważniejsze niż ambicja.
Borys przeżył. Nie było cudów, tylko kroplówki, kołnierz ochronny i tygodnie karmienia małymi porcjami. W mieszkaniu śmierdziało lekami i gotowanym ryżem z kurczakiem. Spałam na podłodze obok niego, bo bałam się, że się zadławi. Kiedy w nocy budził się i dotykał mnie nosem w dłoń, czułam jego ciepły oddech i uspokajałam się. Byłam wściekła, że moje życie kręci się wokół jego brzucha. A jednak to mnie ratowało przed pustką.
Sprawy rodzinne nie rozwiązały się ładnie. Mediator kosztował, a terminy były odległe. Na NFZ nie ma mediacji, jest tylko kolejka do specjalistów i formularze. Udało nam się jednak ustalić jedno: sprzedajemy dworek, ale część pieniędzy idzie na spłatę długów pani Zofii, o których nikt nie mówił. Reszta dzieli się uczciwie. Ciotka Halina przestała dzwonić, bo nie dostała tego, czego chciała. Krzysiek obraził się na wszystkich. Z Michałem nie zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi, ale przestaliśmy być wrogami.
Najważniejsze było to, co zmieniło się we mnie. Zostałam w swoim bloku, bo nie stać mnie na dom. Ale przestałam wracać do ciszy. Wracałam do Borysa. Do jego pazurów stukających o panele, do jego ciężaru, kiedy kładł się przy moich stopach. Do spacerów w upale lipca, gdy asfalt parzył, a powietrze pachniało rozgrzanym kurzem i lipą. Do zimnych poranków, kiedy para leciała z jego pyska, a ja wciągałam powietrze i czułam, że jeszcze żyję.
Czasem mam żal do pani Zofii. Że zostawiła nam nie tylko mury, ale bombę. Że wcisnęła mi odpowiedzialność w papierach. A potem patrzę na Borysa, jak śpi, i widzę bliznę po operacji. Myślę o tych trzech razach, kiedy mogłam wybrać łatwiej. Mogłam nie wziąć psa. Mogłam nie leczyć. Mogłam nie dzwonić do brata i dalej się z nim szarpać.
I wtedy wraca pytanie, które mnie męczy do dziś: czy lojalność to coś, co wybieramy, czy coś, co przychodzi do nas z cudzym testamentem i mokrym nosem? A jeśli już raz przyjęliśmy odpowiedzialność, to kiedy wolno ją odłożyć?