Moja mama nie chciała wnuka – historia o tym, jak jedno rozczarowanie potrafi rozbić rodzinę
– To chłopiec? – głos mojej mamy przeszył ciszę sali szpitalnej jak nóż. Stała w drzwiach, z bukietem różowych tulipanów, które nagle wydały się nie na miejscu. Spojrzała na mnie, potem na zawiniątko w moich ramionach, i już wiedziałam, że nie usłyszę gratulacji.
– Tak, mamo. To Staś. – próbowałam się uśmiechnąć, ale czułam, jak łzy napływają mi do oczu.
Mama westchnęła ciężko. – No cóż… – odwróciła wzrok i zaczęła poprawiać rękaw płaszcza. – Myślałam, że będziesz miała dziewczynkę. Wiesz przecież, jak bardzo chciałam wnuczkę.
Nie odpowiedziałam. W tamtej chwili poczułam się, jakbym zawiodła ją na całej linii. Przez dziewięć miesięcy słuchałam opowieści o tym, jak to cudownie będzie ubierać małą w sukienki, zaplatać jej warkocze i uczyć piec szarlotkę według rodzinnej receptury. Ale Staś był chłopcem – moim synem, moim szczęściem. Czy to naprawdę takie rozczarowanie?
Przez kolejne tygodnie mama pojawiała się rzadko. Kiedy już przychodziła, patrzyła na Stasia z chłodnym dystansem. – No dobrze, niech już będzie ten chłopiec – mówiła do mnie półgłosem – ale może następnym razem się uda? Może jeszcze spróbujecie z Jarkiem?
Jarek próbował łagodzić sytuację. – Pani Haniu, Staś jest zdrowy i szczęśliwy. To najważniejsze.
– Ale wy nic nie rozumiecie – odpowiadała mama z goryczą. – Całe życie marzyłam o wnuczce. Chciałam przekazać jej moje sekrety, moje wspomnienia…
Z czasem zaczęłam unikać spotkań z mamą. Każda rozmowa kończyła się aluzjami do płci dziecka albo wspomnieniami o tym, jak to ona była cudowną mamą dla mnie i mojej siostry. Czułam się coraz bardziej osamotniona w swoim macierzyństwie.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie ciocia Basia.
– Aniu, twoja mama jest jakaś dziwna ostatnio. Cały czas narzeka na tego biednego Stasia. Mówi, że nie wie, co z nim robić.
– Boże, Basia… Ona chyba nigdy go nie zaakceptuje – odpowiedziałam ze ściśniętym gardłem.
Staś rósł szybko. Był pogodnym dzieckiem, ciekawym świata i bardzo przywiązanym do mnie i Jarka. Kiedy miał dwa lata, zaczął pytać: – Mamusiu, dlaczego babcia nie chce się ze mną bawić?
Co miałam mu odpowiedzieć? Że babcia marzyła o kimś innym? Że nie potrafi pokochać go takim, jaki jest?
Pewnego popołudnia postanowiłam porozmawiać z mamą szczerze.
– Mamo, musimy pogadać. Staś czuje się odrzucony. Ja też…
Mama spojrzała na mnie zaskoczona.
– Przesadzasz, Aniu.
– Nie przesadzam! On widzi, że traktujesz go inaczej niż dzieci mojej siostry. One są dziewczynkami…
– Bo z nimi mam o czym rozmawiać! – wybuchła nagle. – Z chłopcem… co ja mam robić z chłopcem? Nigdy nie miałam syna!
– Ale to twój wnuk! On cię potrzebuje!
Mama spuściła wzrok.
– Może masz rację… Ale ja naprawdę nie wiem, jak być babcią dla chłopca.
Wyszłam stamtąd roztrzęsiona. Przez kolejne dni unikałam kontaktu z mamą. Jarek próbował mnie pocieszyć:
– Aniu, to jej problem, nie twój ani Stasia.
Ale ja czułam się winna. Zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, że nie spełniłam jej oczekiwań. Zaczęłam nawet myśleć o drugim dziecku tylko po to, by ją uszczęśliwić.
Któregoś dnia Staś przyniósł z przedszkola laurkę: „Dla babci Hani”.
– Mamusiu, dasz babci? Może wtedy mnie polubi?
Serce mi pękło.
Zadzwoniłam do mamy i poprosiłam ją o spotkanie.
– Mamo, Staś zrobił dla ciebie laurkę. Bardzo chce ci ją dać osobiście.
Przyszła niechętnie. Staś podbiegł do niej z uśmiechem i wręczył jej kolorową kartkę.
– Babciu Haniu, to dla ciebie!
Mama spojrzała na laurkę i… rozpłakała się.
– Przepraszam cię, Stasiu… Przepraszam cię, Aniu…
Usiadła na kanapie i zaczęła mówić:
– Ja chyba nigdy nie pogodziłam się z tym, że życie nie układa się tak, jak sobie wymarzymy. Chciałam mieć wnuczkę, bo wydawało mi się to naturalne… Ale ty jesteś cudownym chłopcem i zasługujesz na całą moją miłość.
Od tego dnia coś się zmieniło. Mama zaczęła częściej odwiedzać Stasia. Uczyli się razem piec szarlotkę (choć Staś bardziej interesował się mieszaniem niż zaplataniem warkoczy). Zaczęli budować relację od nowa.
Ale blizna została. Do dziś boję się, że nigdy nie będę wystarczająco dobra dla swojej mamy – ani jako córka, ani jako matka jej wnuka.
Czasem patrzę na Stasia i zastanawiam się: dlaczego tak trudno nam zaakceptować to, co dostajemy od życia? Czy naprawdę musimy ranić najbliższych tylko dlatego, że nie spełniają naszych oczekiwań?