Mam 38 lat i wciąż boję się swojej matki. To mnie niszczy od środka

– Znowu nie posoliłaś ziemniaków. Jak ty chcesz prowadzić dom, Marto? – głos mojej matki przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy blacie, z dłonią zaciśniętą na łyżce, czując jak policzki płoną mi ze wstydu. Miałam wtedy osiem lat. Dziś mam trzydzieści osiem i wciąż słyszę ten sam ton, ten sam zarzut, choć minęły dekady.

Moja matka, Barbara, była kobietą silną, dominującą, zawsze wiedzącą lepiej. Ojciec odszedł, gdy miałam dwanaście lat. Zostawił nas bez słowa wyjaśnienia, a ona… ona nigdy mu tego nie wybaczyła. Ani jemu, ani mnie. Bo przecież to ja byłam jej jedyną podporą, jej powodem do życia i – jak często powtarzała – jej największym rozczarowaniem.

Zawsze byłam tą grzeczną dziewczynką. Uczyłam się najlepiej w klasie, przynosiłam świadectwa z paskiem, a potem dostałam się na Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu. Matka była dumna – ale tylko wtedy, gdy mogła się mną pochwalić przed sąsiadkami. W domu nigdy nie usłyszałam: „Jestem z ciebie dumna”. Zamiast tego: „Mogłabyś lepiej”, „Zobacz, co osiągnęła córka Kowalskich”, „Nie rozumiem, po co ci te studia – i tak skończysz jak ja”.

Pracuję teraz na kierowniczym stanowisku w dużej firmie logistycznej. Zarabiam dobrze, mam własne mieszkanie na Jeżycach. Mój mąż, Jakub, jest spokojny, czuły, wspierający. Ale nawet on nie rozumie do końca tego lęku, który ściska mnie za gardło za każdym razem, gdy dzwoni telefon i widzę na ekranie: „Mama”.

– Odbierz – mówi Jakub, widząc moją minę.
– Nie mogę… Jeszcze chwilę…
– Przecież to tylko rozmowa.

Tylko rozmowa? Dla niego może tak. Dla mnie to powrót do dzieciństwa. Do tych wszystkich chwil, kiedy czułam się niewystarczająca. Kiedy matka potrafiła godzinami wypominać mi błędy: źle złożone pranie, krzywo powieszone firanki, nieodpowiednie towarzystwo.

Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że patrzę w lustro i nie poznaję siebie. Kim jestem? Kobietą sukcesu? Żoną? Córką? A może tylko cieniem tej dziewczynki z kuchni, która boi się zrobić coś nie tak?

Nie mamy dzieci. To nasza wspólna decyzja z Jakubem – przynajmniej tak sobie powtarzam. Ale czy naprawdę? Czy to nie strach przed powieleniem błędów mojej matki sprawia, że nie potrafię wyobrazić sobie siebie jako matki? Barbara nigdy nie pytała o wnuki wprost – ona po prostu rzucała kąśliwe uwagi:

– Wszyscy już mają dzieci. Tylko ty wiecznie zajęta pracą.
– Kto ci poda szklankę wody na starość?

Każde takie zdanie wbijało się we mnie jak kolec. Próbowałam tłumaczyć:
– Mamo, nie każdy musi mieć dzieci.
– Ty zawsze wszystko wiesz najlepiej – odpowiadała z pogardą.

Jakub próbował mnie bronić:
– Pani Barbaro, Marta jest szczęśliwa tak, jak jest.
– Ty się nie wtrącaj – ucinała krótko.

W święta zawsze wracały te same tematy: moje wybory życiowe, brak dzieci, praca. Matka potrafiła przy wszystkich rzucić:
– Marta zawsze była uparta. Myśli, że wie wszystko najlepiej. Ale zobaczysz, życie ją nauczy pokory.

Wtedy czułam się jak dziecko przyłapane na czymś złym. Wstydziłam się własnych decyzji. Po każdej takiej wizycie wracałam do domu roztrzęsiona. Jakub obejmował mnie i szeptał:
– Nie pozwól jej sobą rządzić.
Ale ja nie umiałam inaczej.

Czasem myślę o ojcu. Co by powiedział, gdyby widział nas teraz? Czy żałuje tego odejścia? Czy wie, że zostawił mnie samą na pastwę matki?

Najgorsze są te dni, kiedy czuję się silna i postanawiam postawić granicę. Dzwonię do niej i mówię:
– Mamo, proszę cię, nie komentuj mojego życia.
A ona wtedy zaczyna płakać:
– Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam…
I znów jestem tą małą dziewczynką z poczuciem winy.

Ostatnio wydarzyło się coś przełomowego. W pracy dostałam propozycję awansu – miałabym wyjechać na rok do Hamburga jako dyrektor oddziału. To ogromna szansa. Powiedziałam o tym matce przez telefon.
– Chcesz mnie zostawić samą? – zapytała od razu.
– Mamo… To tylko rok…
– Widzisz? Zawsze myślisz tylko o sobie!

Rozłączyła się bez słowa pożegnania. Cały wieczór płakałam. Jakub próbował mnie pocieszyć:
– To twoje życie. Masz prawo być szczęśliwa.
Ale ja znów czułam się winna.

Nie spałam całą noc. Rano spojrzałam w lustro i zobaczyłam zmęczoną kobietę z podkrążonymi oczami. Czy naprawdę chcę przeżyć resztę życia w strachu przed własną matką? Czy pozwolę jej decydować o moim szczęściu?

Dziś wiem jedno: muszę spróbować żyć po swojemu. Może to będzie bolało – ją i mnie – ale jeśli tego nie zrobię teraz, już nigdy nie będę wolna.

Czasem zastanawiam się: ilu z nas dorosłych wciąż boi się swoich rodziców? Ilu z nas żyje cudzymi oczekiwaniami? Czy naprawdę jesteśmy im coś winni? A może najwyższy czas zacząć żyć dla siebie?