List do kochanki mojego męża — pięć lat później: Jesteś już tylko wspomnieniem

— Naprawdę myślisz, że możesz tak po prostu wejść w czyjeś życie i wszystko zniszczyć? — krzyknęłam, trzymając w ręku telefon, na którym widniała jej wiadomość. Moje dłonie drżały, a serce waliło jak oszalałe. Była środa, godzina 18:37. Dzieci bawiły się w pokoju obok, nieświadome, że ich świat właśnie się rozpada.

Mój mąż, Michał, siedział naprzeciwko mnie przy kuchennym stole. Patrzył na mnie z mieszaniną wstydu i strachu. — Aniu… — zaczął cicho, ale przerwałam mu ruchem ręki. Nie chciałam słyszeć jego tłumaczeń. Nie wtedy. Nie po tym wszystkim.

Wiedziałam o niej od kilku tygodni. Najpierw były dziwne wiadomości na Messengerze, potem ukradkowe rozmowy przez telefon, aż w końcu znalazłam zdjęcie — selfie zrobione w kawiarni przy Nowym Świecie. Michał uśmiechał się do niej tak, jak nie uśmiechał się do mnie od miesięcy.

Nie mogłam spać. Każda noc była walką z myślami. „Co zrobiłam źle? Dlaczego nie byłam wystarczająca?” W pracy udawałam, że wszystko jest w porządku. W domu byłam jak cień samej siebie. Dzieci pytały: „Mamo, dlaczego płaczesz?” Odpowiadałam: „To tylko kurz w oku”.

Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i napisałam do niej. „Wiem o wszystkim. Zostaw moją rodzinę w spokoju.” Odpisała krótko: „To nie moja wina, że Michał cię nie kocha”. Te słowa paliły mnie jak żar.

Przez miesiące żyliśmy obok siebie — ja i Michał — jak współlokatorzy. On próbował naprawić to, co rozbił na milion kawałków. Przynosił kwiaty, gotował kolacje, zabierał dzieci na spacery. Ale ja widziałam tylko jej cień między nami.

Rodzina podzieliła się na dwa obozy. Moja mama powtarzała: „Nie wybaczaj mu! Raz zdradził, zdradzi znowu!” Teściowa płakała: „Daj mu szansę, Aniu, przecież dzieci…” Każda rozmowa kończyła się kłótnią lub milczeniem.

Najgorsze były święta. Siedzieliśmy przy stole, udając szczęśliwą rodzinę. Dzieci śmiały się z żartów dziadka, a ja czułam się jak aktorka w kiepskim spektaklu. Po kolacji zamknęłam się w łazience i płakałam do utraty tchu.

Pewnego wieczoru usiadłam z Michałem przy stole. — Powiedz mi prawdę — poprosiłam cicho. — Czy ją kochasz?

Spojrzał mi prosto w oczy. — Nie wiem… Myślałem, że tak. Ale teraz widzę, ile tracę. Przepraszam.

To „przepraszam” niczego nie zmieniło. Wiedziałam już wtedy, że muszę odejść. Dla siebie i dla dzieci.

Rozwód był bolesny i długi. Michał walczył o opiekę nad dziećmi, jego rodzina obwiniała mnie o rozpad małżeństwa. Słyszałam za plecami: „Gdyby była lepszą żoną…” W pracy szef zapytał: „Czy wszystko w porządku? Wyglądasz na zmęczoną.” Zmęczona? Byłam wrakiem człowieka.

Minęły miesiące zanim nauczyłam się żyć sama. Każdy dzień był walką o normalność — śniadanie dla dzieci, praca, zakupy, wieczorne bajki i samotność po ich zaśnięciu. Czasem łapałam się na tym, że sprawdzam jego profil na Facebooku albo szukam jej zdjęć. Chciałam wiedzieć: czy są razem? Czy jest szczęśliwszy?

Pewnej nocy napisała do mnie koleżanka: „Anka, widziałam ją z innym facetem. Michał został sam.” Poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Przez chwilę myślałam: „Może wrócić?” Ale wiedziałam już, że nie chcę tego życia.

Zaczęłam chodzić na terapię. Tam nauczyłam się mówić o bólu bez wstydu. Poznałam inne kobiety z podobnymi historiami — każda z nas miała swoją „nią”, swoją zdradę i swoje łzy.

Po pięciu latach patrzę na siebie w lustrze i widzę kogoś innego niż wtedy — silniejszą, spokojniejszą kobietę. Dzieci dorastają, pytają czasem o tatę i jego nową partnerkę (bo oczywiście pojawiła się kolejna). Ja już nie szukam winnych.

Piszę ten list do Ciebie — kobiety, która próbowała odebrać mi rodzinę. Nie znam Twojego imienia i nie chcę go znać. Jesteś już tylko wspomnieniem, bladym cieniem tamtej burzy.

Dziś wiem jedno: to nie Ty wygrałaś ani nie ja przegrałam. Każda z nas coś straciła i coś zyskała.

Czy można naprawdę wybaczyć komuś, kto próbował zniszczyć nasze życie? Czy to ja powinnam była być silniejsza — czy może po prostu bardziej kochać samą siebie?