„Nie teraz, błagam…” – historia jednej nocy, która zmieniła wszystko

– Nie teraz, błagam… – szepnęłam przez zaciśnięte zęby, czując jak kolejna fala bólu rozlewa się po moim ciele. Była 2:37 w nocy, a ja siedziałam sama w pustym open space na dwunastym piętrze biurowca przy Domaniewskiej. Nocna zmiana w dziale księgowości nigdy nie była moim marzeniem, ale po tym, jak Bartek odszedł ode mnie w piątym miesiącu ciąży, nie miałam wyboru. Musiałam utrzymać siebie i dziecko.

Wszystko zaczęło się niewinnie – lekki ból brzucha, który zignorowałam, bo przecież do terminu zostały jeszcze dwa tygodnie. Ale teraz wiedziałam już, że to nie są zwykłe skurcze. To była ta noc. Noc, której bałam się najbardziej – samotna, bez wsparcia, bez planu.

Telefon do mamy? Wykluczone. Po naszej ostatniej kłótni nie rozmawiałyśmy od miesięcy. „Zawsze byłaś taka uparta, Zosiu” – jej głos dźwięczał mi w głowie. „Nie licz na mnie, jeśli chcesz żyć po swojemu”.

Próbowałam się uspokoić, oddychając głęboko i licząc do dziesięciu. Ale ból narastał. Wtedy usłyszałam kroki na korytarzu. Przez szklane drzwi zobaczyłam cień – to był Marek, ochroniarz. Zawsze wydawał mi się zamknięty w sobie, trochę szorstki. Nigdy nie zamieniliśmy więcej niż kilka słów.

– Wszystko w porządku? – zapytał niepewnie, widząc moją twarz wykrzywioną z bólu.

– Chyba… chyba zaczynam rodzić – wyszeptałam, czując jak łzy napływają mi do oczu.

Marek zbladł. Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu, jakby próbował zrozumieć powagę sytuacji.

– Dzwonię po karetkę! – rzucił i już po chwili słyszałam jego nerwowy głos przez telefon: „Tak, kobieta w ciąży… skurcze… dwunaste piętro…”.

Czas zaczął płynąć inaczej. Skurcze przychodziły coraz częściej. Marek wrócił i ukląkł obok mnie.

– Oddychaj ze mną, dobrze? Tak… powoli…

Patrzyłam na niego z wdzięcznością i niedowierzaniem. Jeszcze kilka godzin temu myślałam o nim jak o kimś zupełnie obcym, a teraz był jedyną osobą przy mnie.

– Przepraszam… że musisz to oglądać – wymamrotałam przez łzy.

– Nie przepraszaj. Każdy czasem potrzebuje pomocy – odpowiedział cicho.

Wtedy przypomniałam sobie Bartka. Jak mówił, że „nie jest gotowy na dziecko”, jak pakował swoje rzeczy i wychodził bez słowa wyjaśnienia. Jak zostawił mnie samą z rosnącym brzuchem i lękiem o przyszłość.

Kolejna fala bólu sprawiła, że zgięłam się wpół. Marek podał mi butelkę wody i trzymał za rękę. Było coś kojącego w jego obecności – prostota gestów, brak zbędnych słów.

– Moja żona rodziła dwa lata temu – powiedział nagle. – Też się bałem. Ale wszystko poszło dobrze.

Spojrzałam na niego z wdzięcznością. Chciałam zapytać o jego rodzinę, o to jak sobie radził, ale nie miałam siły mówić.

Minuty ciągnęły się jak godziny. Karetka nie nadjeżdżała. Zaczęłam panikować.

– Co jeśli nie zdążą? Co jeśli coś pójdzie nie tak? – jęknęłam.

Marek ścisnął moją dłoń mocniej.

– Damy radę. Razem damy radę.

Wtedy zadzwonił mój telefon. Na ekranie pojawiło się imię: Mama. Przez sekundę zawahałam się, ale odebrałam.

– Zosia? Co się dzieje? Marek do mnie dzwonił…

Zatkało mnie. Ochroniarz zadzwonił do mojej matki? Poczułam gniew i ulgę jednocześnie.

– Rodzę… Mamo, boję się…

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Już jadę – powiedziała krótko i rozłączyła się.

Nie wiem ile czasu minęło zanim usłyszałam syreny karetek pod budynkiem. Marek pomógł mi zejść do windy. W karetce trzymał mnie za rękę do samego końca.

Poród był szybki i bolesny. Pamiętam tylko światła szpitala i twarz mamy pochyloną nade mną. Jej oczy były pełne łez.

– Przepraszam, Zosiu… Tak bardzo przepraszam…

Nie odpowiedziałam. Byłam zbyt zmęczona, zbyt rozbita emocjonalnie.

Kiedy obudziłam się rano, obok łóżka siedziała mama i Marek. Mama trzymała mojego synka na rękach.

– Jest piękny – powiedziała cicho. – Dasz sobie radę. Razem damy radę.

Spojrzałam na nich oboje i poczułam coś nowego – nadzieję.

Czasem jedna noc wystarczy, by przewartościować całe życie. Czy musimy upaść tak nisko, by zobaczyć wyciągniętą dłoń drugiego człowieka? Czy naprawdę samotność jest tylko iluzją?