List, który rozdarł moje życie: Jak pozew o alimenty od matki zmienił wszystko
— Nie wierzę, że to zrobiłaś, mamo! — krzyknęłam, trzymając w rękach biały, urzędowy list z sądu. Moje palce drżały, a serce waliło jak oszalałe. Stałam w kuchni, gdzie jeszcze godzinę temu gotowałam zupę dla moich dzieci, a teraz świat wywrócił się do góry nogami. List był krótki, rzeczowy: moja matka, Maria Kowalska, pozywa mnie o alimenty.
W głowie miałam mętlik. Przecież jeszcze miesiąc temu rozmawiałyśmy przez telefon o tym, jak bardzo brakuje jej pieniędzy na leki. Wysłuchałam jej żalów, wysłałam przelew na 200 złotych. Wiedziałam, że nie jest jej łatwo po śmierci taty, ale nigdy nie sądziłam, że posunie się do czegoś takiego.
— Mamo, dlaczego? — zadzwoniłam do niej od razu, głos mi się łamał. — Przecież wiesz, że sama ledwo wiążę koniec z końcem!
Po drugiej stronie słyszałam tylko ciężki oddech. — Nie miałam wyjścia, Aniu. Ty masz rodzinę, męża, dzieci… Ja jestem sama. Państwo mi nie pomaga. Muszę walczyć o siebie.
— Ale przecież ci pomagam! — prawie krzyczałam. — Wiesz, ile kosztuje przedszkole? Ile wydajemy na leki dla Kuby?
— To nie moja wina, że masz dzieci — odpowiedziała chłodno. — Ja cię wychowałam sama. Teraz twoja kolej.
Odłożyłam telefon i osunęłam się na podłogę. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. W głowie huczało mi jedno pytanie: jak mogła mi to zrobić? Przecież zawsze byłam tą „grzeczną córką”, która nigdy nie sprawiała problemów. To ja jeździłam do niej co weekend z zakupami, to ja załatwiałam jej wizyty u lekarzy.
Mój mąż, Tomek, wszedł do kuchni i zobaczył mnie zapłakaną.
— Co się stało? — zapytał z troską.
Podałam mu list. Przeczytał go w milczeniu.
— Anka… Musimy pomyśleć o nas — powiedział cicho. — Nie możemy pozwolić, żeby twoja matka zrujnowała nasze życie.
Wiedziałam, że ma rację. Nasza sytuacja finansowa była trudna: kredyt hipoteczny na mieszkanie w bloku na warszawskim Ursynowie, dwójka dzieci, Tomek po redukcji etatów pracował na pół etatu jako informatyk. Ja dorabiałam korepetycjami z matematyki.
Przez kolejne dni chodziłam jak cień. W pracy nie mogłam się skupić, w domu byłam rozdrażniona. Dzieci wyczuwały napięcie. Kuba zapytał mnie pewnego wieczoru:
— Mamo, dlaczego płaczesz?
Nie umiałam odpowiedzieć.
W końcu przyszła rozprawa sądowa. Siedziałam naprzeciwko matki w zimnej sali sądu rejonowego przy ul. Marszałkowskiej. Patrzyła na mnie obojętnie, jakbyśmy były sobie obce.
— Pani Anno — zaczęła sędzia — czy jest pani w stanie płacić alimenty na rzecz matki?
— Nie… To znaczy… Pomagam mamie tyle, ile mogę — tłumaczyłam się drżącym głosem. — Ale mam własną rodzinę na utrzymaniu…
Matka nie patrzyła mi w oczy.
— Pani sędzio — powiedziała cicho — córka ma obowiązek pomagać matce. Sama ją wychowywałam po rozwodzie z jej ojcem. Teraz jestem chora i nie mam środków do życia.
Sędzia spojrzała na mnie z wyraźnym współczuciem.
— Proszę państwa… To bardzo trudna sprawa. Prawo jest jasne: dzieci mają obowiązek alimentacyjny wobec rodziców w potrzebie.
Po rozprawie wyszłam z sądu jak otępiała. Matka podeszła do mnie na schodach.
— Aniu… Ja naprawdę nie chciałam cię skrzywdzić — powiedziała cicho.
Spojrzałam jej prosto w oczy.
— Ale skrzywdziłaś mnie, mamo. I moją rodzinę też.
Nie odpowiedziała nic więcej.
Wyrok zapadł po miesiącu: 400 złotych miesięcznie alimentów na rzecz matki. Dla niej to była ulga, dla mnie – wyrok. Musiałam ograniczyć zajęcia dodatkowe dzieciom, zrezygnować z wakacji nad morzem.
Rodzina się podzieliła: brat stanął po stronie matki („To twoja kolej się poświęcić!”), ciotka przestała się odzywać („Jak możesz pozywać własną matkę do sądu?”). Nawet sąsiadki zaczęły patrzeć na mnie krzywo.
Czułam się osaczona i samotna jak nigdy wcześniej.
Z czasem nauczyłam się żyć z nową rzeczywistością. Ale relacja z matką już nigdy nie była taka sama. Spotykamy się rzadko – rozmowy są chłodne i pełne niedopowiedzeń.
Często pytam siebie: czy mogłam postąpić inaczej? Czy powinnam była bardziej walczyć o siebie i swoją rodzinę? Czy w Polsce naprawdę można być jednocześnie dobrą córką i dobrą matką?
A wy… co byście zrobili na moim miejscu?