Ostatni sekret studni: jak pies z podlaskiego podwórka wyciągnął mnie z dna
Tamtej nocy, o piątej rano, szarpałam z psem mokrą linę przy studni, a on wył, jakby widział coś na dnie. W świetle latarki mignęła mi czerwień na jego pysku, jak krew, i nagle usłyszałam głuchy plusk. Ziemia pod moimi stopami była śliska od rosy, a deszcz zacinał po twarzy. Pies rzucił się w stronę cembrowiny i zniknął mi z oczu, jakby coś go wciągnęło, a ja zostałam z jednym pytaniem: co tam jest?
Przyjechałam na Podlasie po rozwodzie, bo w Warszawie nie miałam już powietrza. Nie dlatego, że brakowało tlenu. Brakowało mi miejsca, w którym moje myśli nie odbijały się od ścian jak w pustym mieszkaniu. W stolicy zostało łóżko, którego nie chciałam ścielić, i kubek po kawie, który stał na blacie jak wyrzut. Formalności po rozwodzie ciągnęły się miesiącami. Każdy list z sądu pachniał drukarską farbą i zimnym papierem. W pracy w księgowości udawałam, że wszystko jest normalne, ale w środku miałam tylko szum.
Na rodzinnej ziemi w okolicach Sokółki stał stary dom po babci. Zimą nieogrzewany, z oknami, które łapały wiatr. Dookoła pola i rów melioracyjny, a dalej ciemny pas lasu. W dzień pachniało mokrą ziemią i dymem z kominów sąsiadów. W nocy pachniało pleśnią i starym drewnem, które pamiętało za dużo.
Studnia była zarośnięta pokrzywą, przykryta spróchniałą deską. Ojciec zawsze mówił, żeby jej nie ruszać. „To nie twoja sprawa, Maria” — powtarzał, choć ja jestem Maria, a on mówił to tak, jakby to imię było zakazem. Po rozwodzie wróciłam do swojego panieńskiego nazwiska i jeszcze bardziej czułam, że wracam do czegoś, czego nie rozumiem.
Psa znalazłam przypadkiem. Pierwszego dnia, kiedy wyszłam na podwórko, usłyszałam skrobanie pod płotem. Spod desek wypełzł chudy kundel, kudłaty, szarawy, z białą plamą na piersi. Miał jedną łapę obdartą, jakby długo szedł po żwirze. Patrzył na mnie bezczelnie i błagalnie jednocześnie. Śmierdział mokrym futrem i czymś kwaśnym, jak stara karma zmieszana z błotem.
— Idź sobie — powiedziałam, bo to było łatwiejsze niż przyznać, że chcę, żeby został.
Nie poszedł. Otarł się o moje nogi, a jego sierść była szorstka i zimna. Poczułam pod palcami wystające żebra. Wtedy mnie to zdenerwowało. Ta jego ufność była jak nacisk na świeżą ranę.
W domu miałam tylko resztkę kiełbasy i trochę chleba. Pokroiłam mu na talerzyk, a on jadł zachłannie, aż sapał. Potem położył się na wycieraczce i zaczął oddychać ciężko, miarowo. Ten oddech, ciepły i parujący, uspokajał mnie bardziej niż herbaty z melisy, które wciskała mi sąsiadka.
Następnego dnia miałam jechać do Białegostoku, do pracy, bo wzięłam tylko kilka dni zdalnie. Pies jednak nie dawał mi spokoju. Kręcił się przy studni, warczał na deskę, drapał ziemię. Jakby słyszał coś, czego ja nie słyszałam. W końcu podeszłam i podniosłam deskę. Uderzył mnie zapach stęchłej wody i glonów. Zimny, metaliczny, jak w piwnicy. Cofnęłam się.
— Zwariowałeś? — warknęłam do psa.
On spojrzał na mnie i szczeknął krótko, jak rozkaz.
To była pierwsza decyzja, której nie cofnę: zadzwoniłam do pracy i powiedziałam, że biorę bezpłatny tydzień. Szefowa milczała chwilę, a potem powiedziała chłodno, że „nie jest zachwycona”. W głowie od razu zobaczyłam rachunki. Kredyt po rozwodzie nie zniknął. Ale ja już wiedziałam, że nie wyjadę, dopóki nie sprawdzę tej studni. Nie przez ciekawość. Przez niepokój, który pies we mnie obudził.
Zaczęłam ogarniać podwórko. Trzeba było kupić nową linę, rękawice, wiadro. W sklepie w Sokółce patrzyli na mnie jak na miastową, co nie wie, po co jej to wszystko. Pies szedł obok, przyklejony do mojej nogi. Na ulicy pachniało spalinami i świeżym pieczywem z piekarni. Niosłam zakupy, a on co chwilę szturchał mnie nosem w dłoń, jakby sprawdzał, czy nie uciekam.
Weterynarz w Białymstoku kosztował mnie więcej, niż chciałam przyznać. Zawinęłam psa w koc, bo w autobusie kierowca kręcił nosem. „Niech pani ma kaganiec, bo regulamin” — mruknął. Pies trząsł się z zimna i stresu, a ja czułam na dłoniach jego drgania. W gabinecie pachniało spirytusem i gumowymi rękawiczkami. Okazało się, że ma stan zapalny łapy i pchły. Dostałam rachunek, który wyglądał jak kara za moją samotność.
Wróciłam do domu i byłam na niego zła. Na siebie też. Bo po co mi to? Po co mi pies, kiedy ledwo trzymam siebie w całości? Ale wieczorem, kiedy usiadłam na schodach, on położył łeb na moim kolanie. Ciepło jego ciała przeszło przez materiał spodni. Słyszałam jego spokojne sapnięcia. I pierwszy raz od miesięcy poczułam, że nie jestem w mieszkaniu sama z ciszą.
Nazwę go Borys — powiedziałam głośno, choć nikt nie pytał.
Borys zaczął wyznaczać mi rytm. Rano wyciągał mnie na dwór, nawet gdy padało. W listopadzie Podlasie ma ten rodzaj wilgoci, który wchodzi w kości. Mgła siada nisko, a trawa jest wiecznie mokra. Chodziłam w starych kaloszach i czułam chłód przenikający przez skarpetki. On biegał po podwórku, węszył, a ja łapałam w nozdrza zapach mokrych liści i obornika z sąsiedniego gospodarstwa.
Z czasem zaczęłam rozmawiać z ludźmi. Nie dlatego, że nagle stałam się towarzyska. Po prostu Borys wciągał mnie w sytuacje, których bym nie wybrała. Sąsiad, pan Witek, przyszedł raz z pretensją, że pies mu rozkopał miedzę. Stałam w progu, spięta, gotowa na kłótnię. Borys podszedł do niego powoli, położył uszy i polizał mu dłoń. Pan Witek zamarł, a potem westchnął.
— Moja Zorka też tak robiła — powiedział ciszej. — Zdechła w zeszłym roku.
I tak, przez głupie liznięcie dłoni, zaczęła się rozmowa. O studni też. Pan Witek spuścił wzrok.
— Ta studnia… to się kiedyś mówiło, że tam coś jest. Lepiej nie ruszać — mruknął.
Ta niechęć była jak mur. Ale Borys nie uznawał murów. Kiedy podchodziłam do studni, on był pierwszy. Kiedy się cofałam, on szarpał mnie za rękaw.
Trzeciego dnia czyszczenia znalazłam pod deską stary, zardzewiały łańcuch. Był ciężki, lepki od wilgoci. Dotyk metalu w rękawicy był zimny, jakby trzymał w sobie noc. Borys warknął i zaczął szczekać tak, że aż bolały mnie uszy. Zaczęłam opuszczać wiadro i słuchać, jak uderza o ściany cembrowiny. Echo wracało głuche.
Noc, od której zaczęłam, przyszła szybciej, niż myślałam. Wiatr przyspieszył, deszcz zamienił się w lodowaty szlam. Borys był niespokojny cały wieczór. Chodził w kółko i popiskiwał. O piątej rano obudziło mnie jego drapanie w drzwi. Wyszłam w kurtce narzuconej na piżamę. Powietrze pachniało mokrym popiołem i zimą.
I wtedy wydarzyło się to, co wciąż mam pod powiekami. Borys szarpnął linę, jakby ktoś po drugiej stronie ciągnął. Zobaczyłam na jego pysku czerwień. Nie wiedziałam, czyja to krew. W świetle latarki zobaczyłam, że deska przykrywająca studnię jest przesunięta. A potem on skoczył.
Nie myślałam. Rzuciłam się na kolana i złapałam linę. Ręce bolały, lina paliła przez rękawice. Czułam zapach mokrego psa i stęchłej wody, który uderzał jak fala. Krzyczałam jego imię, choć gardło miałam ściśnięte. Z dołu dochodził chlupot i charczenie. Jego oddech, wcześniej spokojny, teraz był urywany, jakby powietrze było za ciężkie.
To była druga decyzja, której nie cofnę: zadzwoniłam na 112. Wstydziłam się, bo co powiem? Że pies wpadł do studni? Dyspozytorka pytała o adres, a ja plątałam się w słowach. W końcu powiedziałam też to, czego nie chciałam mówić na głos.
— Tam chyba coś jeszcze jest. Coś… przywiązane.
Strażacy przyjechali z Sokółki. Światła migotały na mokrej drodze. Sąsiad pan Witek stał w piżamie pod płotem. Ktoś przyniósł koc. Pachniało spalinami i mokrym asfaltem. Strażak zszedł na dół na linie. Słyszałam jego komendy, stłumione przez echo studni.
Wyciągnęli Borysa pierwszego. Był cały mokry, trząsł się, ale żył. Kiedy go przytuliłam, jego serce waliło jak szalone. Czułam przez kurtkę, jak drży. Jego język był ciepły, gdy polizał mi brodę, jakby mówił: „jestem”.
Potem wyciągnęli to, czego się bałam. Stary worek jutowy, zawiązany na łańcuchu. W środku były kości. Ludzkie. Małe. Strażak spojrzał na mnie tak, jakby nagle widział we mnie nie kobietę, tylko problem. Policja przyjechała chwilę później. Znowu światła, znowu pytania.
A ja czułam tylko jeden zapach: ziemi rozkopanej przy studni, ciężkiej, słodkawej, jak w miejscu, gdzie coś długo gniło.
To była trzecia decyzja, której nie cofnę: powiedziałam policjantowi nazwisko mojego ojca i to, co pamiętam z dzieciństwa. Że ojciec zakazywał mi zbliżać się do studni. Że w domu czasem pojawiał się temat „dziecka z sąsiedztwa”, a potem milkło wszystko. Wypowiedzenie tego na głos było jak zdrada. I jak ulga, której nie umiałam przyjąć.
Śledztwo ruszyło. Zaczęły się przesłuchania. Papierologia, protokoły, telefony. Zderzyłam się z tym, jak działa państwo: czekanie, odwoływanie wizyt, bo „brakuje biegłego”, bo „trzeba poczekać na wyniki”. W międzyczasie weterynarz kazał obserwować Borysa. Miał poranione łapy i kaszel od zimnej wody. Leki kosztowały, a ja liczyłam pieniądze do pierwszego. Wróciłam do pracy zdalnej, ale nie spałam. Każdy dźwięk telefonu pachniał stresem, jak metal w ustach.
Ojciec przyjechał po tygodniu. Stał na podwórku, sztywny, w swojej starej kurtce. Nie przytulił mnie. Nie zapytał, jak żyję po rozwodzie. Spojrzał na studnię.
— Po co to ruszałaś? — powiedział.
Borys stanął między nami. Nie warczał. Po prostu stał, ciężko oddychając, jak tarcza. Ojciec spojrzał na psa z niechęcią.
— To przez niego — odpowiedziałam i sama usłyszałam, jak absurdalnie to brzmi. — Gdyby nie on, nic by nie wyszło.
Ojciec zacisnął szczękę. Widziałam, że walczy. Nie o prawdę. O kontrolę.
— Było jak było — rzucił. — Nie wtrącaj się.
Wtedy zrobiłam coś, czego wcześniej bym nie zrobiła. Uklękłam i pogłaskałam Borysa po karku. Jego sierść była już sucha, ale wciąż pachniała szamponem z weterynarii i lekko mokrym dymem z komina. Poczułam pod palcami napięcie jego mięśni.
— Już się wtrąciłam — powiedziałam. — I nie cofnę.
Ojciec odwrócił się i odjechał. Tego dnia zrozumiałam, że samotność po rozwodzie to nie tylko brak męża. To też nagłe zobaczenie, jak krucha jest rodzina, kiedy przestajesz udawać.
Najgorsze przyszło miesiąc później. Ktoś podrzucił mi do skrzynki anonim. Jedno zdanie, napisane długopisem: „Zostaw studnię, bo skończysz jak tamten.” Ręce mi zamarzły, choć w kuchni było ciepło. Borys zaczął szczekać na drzwi, jakby wyczuł zapach obcego. Wyszłam na podwórko. Powietrze było ostre, mróz łapał w płuca. Śnieg skrzypiał pod butami. Pomyślałam wtedy, że mogę uciec. Sprzedać dom. Wracać do miasta. Zamknąć to.
Ale Borys podszedł i wcisnął mi nos w dłoń. Ciepły, mokry dotyk. Jak kotwica.
Nie uciekłam. Zgłosiłam anonim na policję. Przestałam udawać, że mnie to nie dotyka. Zaczęłam też terapię w poradni w Białymstoku. NFZ oznaczał kolejki i terminy za miesiące. Ale zapisałam się, bo zrozumiałam, że nie udźwignę tego sama. To też była decyzja nieodwracalna. Kiedy raz powiesz na głos, że potrzebujesz pomocy, już nie da się wrócić do dumnej ciszy.
Borys żył przy mnie w tej całej brzydocie procedur i rodzinnych pretensji. Czasem miałam go dość. Kiedy padało trzeci dzień z rzędu, a on ciągnął mnie na spacer. Kiedy niszczył mi rękawice. Kiedy budził mnie w nocy, bo coś usłyszał. Bywało, że krzyczałam: „Daj mi spokój!” i zaraz potem czułam wstyd, bo on tylko chciał być.
Ale to „bycie” uratowało mnie przed zapadnięciem się w siebie. Po rozwodzie lubiłam siedzieć w ciemności i patrzeć w telefon. Z nim musiałam wstać. Musiałam umyć mu łapę, kiedy wracał z błota. Musiałam pocierać mu grzbiet ręcznikiem, aż przestawał drżeć. Musiałam słuchać jego oddechu, gdy zasypiał przy piecu, ciepły jak mały grzejnik.
Sprawa studni ciągnęła się długo. Prawda nie przyszła jak filmowy zwrot. Przyszła jak zimny raport, podpisany przez biegłego. Kości należały do dziecka z lat osiemdziesiątych. Zaginęło w okolicy. Ktoś je ukrył. Ktoś żył obok nas, udając, że nic się nie stało.
Nie wiem, czy kiedykolwiek dowiem się, kto dokładnie. Wiem tylko, że mój ojciec przestał do mnie dzwonić. I że ja przestałam prosić go o akceptację. To kosztowało mnie dużo. Ale po raz pierwszy w życiu poczułam, że jestem po swojej stronie.
Dzisiaj, kiedy idę z Borysem polną drogą, wiatr niesie zapach siana i mokrej kory. Czasem z daleka czuć też dym z ognisk na działkach. Borys idzie przy nodze, już spokojniejszy. Ma bliznę na łapie, ale biega. Ja mam swoje blizny w środku, ale przestałam je zasypywać ciszą.
Zdarza mi się myśleć, że gdyby nie ten kundel, żyłabym dalej jak wcześniej. Z grzecznym uśmiechem i pustką w klatce piersiowej. On nie dał mi luksusu odwrócenia wzroku. Wciągnął mnie w odpowiedzialność, której się bałam, i w prawdę, której nie chciałam.
I teraz mam pytanie do was: czy lojalność wobec rodziny kończy się tam, gdzie zaczyna się prawda? A jeśli to pies prowadzi cię do rzeczy, których nie da się „odwidzieć”, to czy masz prawo znowu zamknąć deskę na studni?