Oddałem dzieciom całe życie, a na końcu zostałem sam. Najbardziej zabolało mnie to, co zrobili przy moim łóżku i po mojej śmierci
– Tato, ja naprawdę nie mogę teraz przyjechać, mam zamknięcie miesiąca.
Patrzyłem w szpitalny sufit i ściskałem telefon tak mocno, że aż pobielały mi knykcie. Po drugiej stronie była moja córka, Aneta. Mówiła szybko, trochę szeptem, jakby bała się, że ktoś usłyszy, że właśnie zbywa własnego ojca.
– Lekarz powiedział, że to może być ostatnia chemia, rozumiesz? – zapytałem.
Cisza.
– Tato, nie rób mi tego. Mam dzieci, pracę, kredyt. Przyjadę w weekend, dobrze?
Nie przyjechała.
Nazywam się Stefan i przez większość życia wydawało mi się, że jak człowiek zacisnął zęby i robił swoje, to los mu kiedyś odda. Że dzieci zapamiętają nie to, czego im brakowało, tylko ile serca się w to wkładało. Pomyliłem się. I to tak boleśnie, że czasem aż mnie dusiło bardziej niż sama choroba.
Moja żona, Bożena, odeszła w 1996 roku. Po prostu. Zostawiła na stole kartkę, że nie daje rady, że chce jeszcze żyć, że nie urodziła się do garów i ciągłego liczenia pieniędzy. Aneta miała wtedy jedenaście lat, Kamil osiem, a najmłodsza Paulina ledwo cztery. Pamiętam, jak Paulina stała w przedpokoju w rajstopkach z dziurą na kolanie i pytała:
– Tata, mama wróci na obiad?
Nie wróciła już nigdy.
Od tamtej pory byłem i ojcem, i matką. Rano zakłady produkcyjne, po południu fuchy, a potem własna mała firma remontowa. Kładłem gładzie, nosiłem worki z cementem, malowałem klatki schodowe, robiłem łazienki ludziom bogatszym ode mnie. Wracałem do domu tak zmęczony, że zasypiałem przy stole, ale dzieci miały mieć lepiej.
Miały angielski, choć ja sam znałem tylko kilka słów z opakowań po farbach. Miały markowe buty, żeby nikt się z nich nie śmiał. Miały studia w Warszawie i Krakowie, bo nie chciałem, żeby utknęły w naszym małym mieście tak jak ja.
Kamil kiedyś powiedział do kolegi przy mnie:
– Stary jest prosty, ale się stara.
Zabolało. Uśmiechnąłem się wtedy głupio, jakby to był żart. Człowiek czasem sam sobie wbija nóż, byle tylko nie psuć dzieciom humoru.
Przez lata odwiedzali mnie coraz rzadziej. Najpierw co miesiąc, potem na święta, potem nawet nie na każde. Zawsze coś. Delegacja, chore dziecko, korki, brak połączenia, zmęczenie. Ja im wszystko tłumaczyłem. Przed sąsiadami, przed rodziną, przed sobą.
A potem usłyszałem diagnozę. Nowotwór jelita z przerzutami.
Lekarz mówił spokojnie, rzeczowo, ale ja pamiętam tylko szum w uszach. Wyszedłem ze szpitala, usiadłem na ławce i pierwszy raz od śmierci mojej matki po prostu się rozpłakałem. Nie z bólu. Ze strachu.
Zadzwoniłem do dzieci tego samego dnia. Mówili, że będą. Że teraz wszystko się zmieni. Że mam się nie martwić.
Na pierwszą chemię pojechałem sam autobusem.
Aneta wpadła raz, na czterdzieści minut. Cały czas zerkała na telefon.
– Tato, ja naprawdę się martwię, tylko wiesz, życie… – zaczęła.
– Jakie życie, Aneta? – przerwałem. – To ja ci to życie zbudowałem.
Spuściła wzrok. Potem się rozpłakała, ale jakoś tak ostrożnie, żeby nie rozmazać tuszu. Przytuliła mnie jedną ręką i już po chwili mówiła, że musi jechać.
Kamil przyjechał dwa razy. Za drugim razem zapytał niby mimochodem:
– Tato, a mieszkanie jest już jakoś uregulowane? Bo wiesz, żeby potem nie było bałaganu.
Patrzyłem na niego długo. Na jego drogi zegarek, koszulę, buty czystsze niż moja szpitalna szafka.
– Jeszcze żyję – powiedziałem tylko.
Paulina nie przyjechała ani razu. Twierdziła, że nie da rady psychicznie patrzeć na mnie w takim stanie. Może nawet mówiła prawdę. Tylko co mi po tej prawdzie było?
Najgorsze są noce w szpitalu. Kiedy gasną światła, a człowiek słyszy tylko kaszel z innych sal i własne myśli. Leżałem wtedy i wracało wszystko. Jak nosiłem Kamilowi rower na czwarte piętro, bo był za mały. Jak szykowałem Anecie kanapki na maturę. Jak Paulina zasypiała mi na kolanach, kiedy miałem ręce całe w pyle po remoncie.
I ciągle zadawałem sobie jedno pytanie: w którym momencie przestałem być ojcem, a stałem się tylko obowiązkiem do odhaczenia?
Na trzy dni przed śmiercią poprosiłem pielęgniarkę, żeby jeszcze raz zadzwoniła do dzieci. Żadne nie odebrało. Oddzwonili wieczorem, jedno po drugim. Każde mówiło podobnie. Że spróbują. Że może jutro. Że bardzo kochają.
Umarłem nad ranem, bez żadnego jutro.
Na pogrzeb przyszli wszyscy troje. Stali nad trumną poważni, eleganccy, jak obcy ludzie. Sąsiadka potem opowiadała mojej siostrze, że jeszcze na cmentarzu zaczęli się ścierać o mieszkanie. Nieduże, w bloku z wielkiej płyty, z odpadającą boazerią w przedpokoju i kuchnią, którą sam robiłem dwa razy.
– Ja nie odpuszczę, bo też mam swoją rodzinę – syknęła Aneta.
– A ja niby nie? Wszystko zawsze było pod ciebie – odburknął Kamil.
– Najlepiej sprzedajmy i miejmy to z głowy – powiedziała Paulina.
Miejmy to z głowy.
Tak jakby chodziło o starą meblościankę, a nie o całe moje życie zamknięte w czterech ścianach.
Podobno potem pokłócili się jeszcze o narzędzia w piwnicy, o oszczędności, o to, kto więcej dał na znicz i wieniec. Moja siostra wyszła stamtąd i powiedziała tylko:
– Stefan harował na ich przyszłość, a oni nawet nie umieli mu dać spokojnie umrzeć.
Najgorsze jest to, że ja do końca ich usprawiedliwiałem. Że może się boją. Może nie umieją. Może świat ich tak przemielił, że już nie czują, co jest ważne. Ale człowiek chory nie potrzebuje wielkich słów. Potrzebuje obecności. Krzesła przy łóżku. Herbaty z automatu wypitej razem w ciszy.
Dziś już niczego bym im nie kupował na pokaz. Dałbym mniej pieniędzy, a więcej granic, więcej prawdy. Może wtedy wiedzieliby, że miłość to nie przelew i nie paczka na święta.
Powiedzcie mi, czy naprawdę można tak zapomnieć o człowieku, który oddał wam całe życie? I czy to ja gdzieś po drodze wychowałem dzieci na obcych ludzi?