„Babciu, mama powiedziała, że trzeba cię oddać do domu opieki”. Moja rodzina chciała się mnie pozbyć, kiedy w końcu poczułam się szczęśliwa.

— Babciu, mama powiedziała, że trzeba cię oddać do domu opieki. Podsłuchałam rozmowę mamy i taty — powiedziała Zosia, patrząc na mnie wielkimi, poważnymi oczami. Zatrzymałam się jak wryta na środku chodnika. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. Tylko stukot moich obcasów o bruk jeszcze przed chwilą niósł się echem po ulicy, a teraz wszystko ucichło.

— Co ty mówisz, kochanie? — zapytałam drżącym głosem, próbując się uśmiechnąć, jakby to był tylko żart. Ale Zosia nie żartowała. Miała osiem lat i nigdy nie wymyślała takich rzeczy.

— Mama mówiła, że nie masz już siły i że lepiej będzie, jak zamieszkasz z innymi babciami. Tata powiedział, że to twoje mieszkanie i możesz je sprzedać, a oni kupią większe dla nas wszystkich — dodała cicho.

Poczułam, jak świat usuwa mi się spod nóg. Jeszcze rano byłam szczęśliwa. Odkąd sprzedałam dom na wsi po śmierci męża, przez dwa lata oszczędzałam każdy grosz, żeby kupić sobie choćby małe mieszkanie w mieście. W końcu się udało — własny kąt, jasny pokój z balkonem, gdzie mogłam pić kawę i patrzeć na ludzi spieszących do pracy. Myślałam, że teraz będę mogła żyć spokojnie, odwiedzać wnuczkę, pomagać córce, ale mieć też coś swojego.

A teraz? Moja własna córka planowała mnie oddać do domu opieki. Jak jakiś mebel, który już się nie przydaje.

Przez całą drogę do domu Zosia trzymała mnie za rękę. Nie płakała, ale widziałam, że jest jej przykro. Próbowałam ją pocieszyć, mówiłam, że to pewnie jakieś nieporozumienie. Ale w środku czułam narastający ból i złość.

Kiedy weszłyśmy do mieszkania mojej córki, Joanna stała przy kuchence i mieszała zupę. Nawet nie spojrzała na mnie.

— Cześć mamo — rzuciła obojętnie.

— Musimy porozmawiać — powiedziałam stanowczo.

Zosia uciekła do swojego pokoju. Joanna westchnęła ciężko i odłożyła łyżkę.

— O co chodzi?

— Podsłuchałam rozmowę Zosi z tobą i twoim mężem. Powiedziała mi wszystko.

Joanna spojrzała na mnie z irytacją.

— Mamo, nie dramatyzuj. Po prostu rozważaliśmy różne opcje. Jesteś sama, coraz trudniej ci się poruszać…

— Ale ja sobie radzę! Mam swoje mieszkanie! — przerwałam jej z rozpaczą.

— Wiesz dobrze, że to mieszkanie jest za małe dla nas wszystkich. A my z Pawłem chcielibyśmy mieć jeszcze jedno dziecko…

— Czyli mam się wynieść? Oddać wam wszystko, co mam?

Joanna wzruszyła ramionami.

— Mamo, przecież to logiczne. Ty będziesz miała opiekę, a my wreszcie trochę przestrzeni…

Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Przez całe życie pracowałam na rodzinę. Po śmierci ojca Joanny sama ją wychowywałam, rezygnowałam ze wszystkiego dla niej. Pomagałam im finansowo, kiedy mieli problemy z kredytem. A teraz miałam zostać sama wśród obcych ludzi?

Wyszłam bez słowa. Całą noc nie spałam. Przewracałam się z boku na bok w moim nowym łóżku i patrzyłam na sufit. Przypominały mi się wszystkie chwile z Joanną: jak uczyłam ją jeździć na rowerze, jak tuliła się do mnie po kłótni z koleżanką w podstawówce…

Następnego dnia zadzwonił Paweł.

— Pani Joanno, musimy poważnie porozmawiać o przyszłości — zaczął bez ogródek.

— O mojej przyszłości? Czy raczej o waszej wygodzie? — zapytałam ostro.

— Proszę nie brać tego tak do siebie. To normalne… Każdy kiedyś trafia do domu opieki.

— Nie każdy! — krzyknęłam przez łzy.

Zaczęli mnie nachodzić codziennie. Przynosili katalogi domów opieki, przekonywali, że tam będę miała lepiej niż sama w mieszkaniu. Joanna płakała i mówiła: „Mamo, ja też mam swoje życie”. Paweł był zimny jak lód: „Nie stać nas na dwa mieszkania”.

Zosia coraz częściej przychodziła do mnie sama po szkole. Siadałyśmy razem na balkonie i patrzyłyśmy na zachód słońca.

— Babciu, ja nie chcę, żebyś gdzieś wyjeżdżała — mówiła cicho.

— Ja też nie chcę — odpowiadałam i tuliłam ją mocno.

W końcu przyszedł dzień decyzji. Joanna przyszła do mnie z dokumentami do podpisania.

— Mamo… proszę cię… To dla wszystkich będzie lepiej.

Spojrzałam jej prosto w oczy.

— Dla wszystkich? Czy dla ciebie?

Zawahała się tylko przez chwilę.

— Dla nas wszystkich — powtórzyła cicho.

Podpisałam papiery ze łzami w oczach. Czułam się zdradzona przez własną córkę. Jeszcze tego samego dnia zaczęli szukać nabywcy na moje mieszkanie.

Przez kolejne tygodnie żyłam jak w zawieszeniu. Zosia była jedyną osobą, która okazywała mi serce. Pisała do mnie liściki: „Babciu, kocham cię najbardziej na świecie”, „Nie pozwolę im cię zabrać”.

W dniu przeprowadzki do domu opieki Zosia uciekła z domu i przyszła do mnie.

— Babciu, zabierz mnie ze sobą! — płakała.

Objęłyśmy się i płakałyśmy razem długo.

W nowym miejscu było czysto i schludnie, ale zimno od środka. Ludzie byli mili, ale obcy. Każdego dnia czekałam na telefon od Joanny albo odwiedziny Zosi… Ale telefon milczał.

Czasem pytam siebie: czy naprawdę zasłużyłam na taką starość? Czy rodzina to tylko wygoda i rachunek ekonomiczny? A może to ja popełniłam gdzieś błąd wychowując własną córkę?