Złudzenia w gruzach: Odkrycie zdrady po dwunastu latach małżeństwa
— Robert, powiedz mi prawdę. — Moje słowa zawisły w powietrzu jak ciężka mgła. Stałam w kuchni, trzymając w dłoni kubek z herbatą, który drżał tak mocno, że kilka kropel spadło na blat. Robert nawet nie podniósł wzroku znad gazety. — O czym ty znowu mówisz, Wiktoria? — zapytał z udawaną obojętnością, ale ja już wiedziałam. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Czułam to od miesięcy, może nawet lat, tylko nie chciałam dopuścić tej myśli do siebie.
Wszystko zaczęło się niewinnie. Robert zawsze wracał do domu punktualnie, nigdy nie zapominał o ważnych datach, a nasza córka Zosia była jego oczkiem w głowie. Byliśmy rodziną, którą inni stawiali za wzór. „Patrzcie na Wiktorię i Roberta, jak oni się kochają, jak dbają o siebie!” — słyszałam od sąsiadek, od koleżanek w pracy. Sama w to wierzyłam. Aż do tego dnia, kiedy znalazłam w jego płaszczu paragon z restauracji, w której nigdy razem nie byliśmy. Z dwoma daniami, dwoma kieliszkami wina. Z datą, kiedy miał być na delegacji w Poznaniu.
Przez kilka dni chodziłam jak w transie. Nie spałam, nie jadłam, tylko analizowałam każde jego słowo, każdy gest. Przypominałam sobie, jak w ostatnich miesiącach coraz częściej patrzył w telefon, jak znikał na długie spacery z psem, choć nigdy nie lubił zimna. Jak unikał mojego wzroku, kiedy pytałam, czy wszystko w porządku. W końcu zebrałam się na odwagę i postanowiłam go skonfrontować. To był wieczór, kiedy Zosia spała już w swoim pokoju, a ja czułam, że jeśli nie powiem tego teraz, zwariuję.
— Robert, czy ty mnie zdradzasz? — zapytałam cicho, prawie szeptem, bojąc się odpowiedzi. On spojrzał na mnie, a w jego oczach zobaczyłam coś, czego nie widziałam nigdy wcześniej — strach. Przez chwilę milczał, potem odłożył gazetę i westchnął ciężko.
— Wiktoria… To nie jest takie proste. — Jego głos był zmęczony, jakby nagle postarzał się o dziesięć lat. — Nie chciałem cię skrzywdzić. To się po prostu stało.
Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Zabrakło mi tchu. — Jak długo? — zapytałam, a łzy zaczęły spływać po moich policzkach.
— Pół roku. — Odpowiedział beznamiętnie, jakby mówił o pogodzie. — To nie miało znaczenia. To tylko… chwila słabości.
Chwila słabości. Dwanaście lat razem, wspólne święta, narodziny Zosi, remont mieszkania, wakacje nad Bałtykiem, wszystkie te drobne gesty, które budowały naszą codzienność — to wszystko miało być mniej warte niż jego „chwila słabości”?
Przez kolejne dni żyłam jak w koszmarze. Robert spał na kanapie w salonie, a ja przewracałam się z boku na bok, wsłuchując się w ciszę, która nagle stała się nie do zniesienia. Zosia pytała, dlaczego tata nie przychodzi się z nami przytulić na dobranoc, a ja nie umiałam jej odpowiedzieć. W pracy nie mogłam się skupić, koleżanki patrzyły na mnie z troską, ale nie miałam siły się tłumaczyć. Mama dzwoniła codziennie, wyczuwając, że coś jest nie tak, ale nie potrafiłam jej powiedzieć prawdy. Wstydziłam się. Wstydziłam się, że nie zauważyłam, że byłam naiwna, że pozwoliłam, by moje życie rozpadło się na kawałki.
Pewnego wieczoru, kiedy Zosia już spała, usiadłam naprzeciwko Roberta. — Dlaczego? — zapytałam. — Przecież mieliśmy wszystko. Byliśmy szczęśliwi. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Robert spuścił głowę. — Nie wiem. Może to kryzys wieku średniego, może po prostu się pogubiłem. Praca, dom, obowiązki… Czułem się jak trybik w maszynie. A ona… Ona sprawiła, że poczułem się znowu młody, ważny. Ale to nie znaczy, że cię nie kocham.
— Nie kochasz mnie, Robert. Gdybyś kochał, nie zrobiłbyś mi tego. — Moje słowa były ostre jak brzytwa, ale musiałam je wypowiedzieć. — Co teraz? Zostawisz nas?
— Nie wiem. Nie chcę zostawiać Zosi. Ona jest dla mnie wszystkim. — Jego głos zadrżał. — Ale między nami… nie wiem, czy da się to naprawić.
Przez kolejne tygodnie żyliśmy obok siebie jak współlokatorzy. Rozmawialiśmy tylko o Zosi, o zakupach, o rachunkach. Każde z nas zamknięte w swoim bólu, w swoim żalu. Zosia coraz częściej pytała, dlaczego tata nie przychodzi na jej przedstawienia w przedszkolu, dlaczego nie śmiejemy się już razem przy kolacji. Nie umiałam jej odpowiedzieć. Czułam się winna, choć to nie ja zdradziłam.
Pewnego dnia, kiedy odbierałam Zosię z przedszkola, podeszła do mnie jej wychowawczyni, pani Marta. — Pani Wiktorio, czy wszystko w porządku? Zosia jest ostatnio bardzo smutna, nie chce się bawić z innymi dziećmi. Może coś się dzieje w domu?
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. — Mamy trudny czas — odpowiedziałam cicho. — Ale poradzimy sobie. Musimy.
Wieczorem, kiedy Zosia zasnęła, usiadłam na podłodze w jej pokoju i patrzyłam na jej spokojną twarz. Przypomniałam sobie, jak trzymałam ją pierwszy raz na rękach, jak obiecywałam, że zawsze będę ją chronić. Teraz nie potrafiłam ochronić nawet siebie.
Zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, Magdy. — Magda, ja nie wiem, co robić. On mnie zdradził, a ja… ja nie potrafię go znienawidzić. Czuję się jak idiotka.
— Wiktoria, nie jesteś idiotką. Jesteś kobietą, która kochała i ufała. To on zawiódł, nie ty. Musisz pomyśleć o sobie, o Zosi. Czy chcesz żyć z kimś, kto cię zranił? — Magda zawsze mówiła prosto z mostu.
— Nie wiem. Boję się. Boję się być sama, boję się, że Zosia będzie cierpieć. — Głos mi się załamał.
— Ale czy nie cierpisz już teraz? — zapytała cicho Magda.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, słuchając oddechu Zosi. W końcu podjęłam decyzję. Rano, kiedy Robert szykował się do pracy, powiedziałam:
— Musimy się rozstać. Dla Zosi, dla siebie. Nie potrafię ci już zaufać. Możemy być rodzicami, ale nie możemy być już małżeństwem.
Robert patrzył na mnie długo, w jego oczach widziałam smutek, żal, może nawet ulgę. — Masz rację. Przepraszam, Wiktoria. Naprawdę przepraszam.
Przez kolejne tygodnie załatwialiśmy formalności, dzieliliśmy majątek, ustalaliśmy opiekę nad Zosią. Było ciężko, bolało, ale wiedziałam, że to jedyna droga. Zosia płakała, kiedy Robert wyprowadzał się z domu, a ja płakałam razem z nią. Ale z każdym dniem było trochę łatwiej. Zaczęłam chodzić na spacery, spotykać się z przyjaciółkami, wróciłam do czytania książek, które kiedyś kochałam. Zosia powoli odzyskiwała radość, a ja uczyłam się żyć na nowo.
Czasem, kiedy patrzę na nasze stare zdjęcia, zastanawiam się, czy mogłam coś zrobić inaczej. Czy mogłam wcześniej zauważyć, że coś jest nie tak? Czy mogłam uratować nasze małżeństwo? Ale potem przypominam sobie, że nie jestem winna jego zdradzie. Zasługuję na szczęście, na zaufanie, na miłość. I wiem, że kiedyś jeszcze będę szczęśliwa.
Czy można zaufać komuś po takim bólu? Czy warto jeszcze wierzyć w miłość? A może lepiej nauczyć się być szczęśliwą samej ze sobą? Co wy o tym myślicie?