Myślałam, że zdradza mnie z młodszą. A on… wrócił do swojej byłej sprzed 25 lat
– Gdzie znowu idziesz? – zapytałam, próbując nie drżeć głosem, choć w środku już od dawna byłam roztrzęsiona jak nigdy wcześniej. Stał w przedpokoju, zapięty pod szyję w nową koszulę, pachnący tymi swoimi drogimi perfumami, które kupił „przy okazji” ostatniego wyjazdu służbowego.
– Przecież mówiłem, że mam spotkanie w pracy – odpowiedział, nawet na mnie nie patrząc. Jego wzrok ślizgał się po ścianach, jakby szukał wyjścia awaryjnego z tej rozmowy.
– O tej porze? – nie odpuszczałam. – W sobotę?
Westchnął ciężko, jakby to ja byłam problemem, nie on. – Tak, wiesz, teraz w tej firmie wszyscy są tacy ambitni. Muszę się dostosować.
Patrzyłam na niego, a w głowie miałam tylko jedno: kłamiesz. Kłamiesz mi prosto w oczy, a ja udaję, że wierzę. Boję się prawdy bardziej niż tych wszystkich podejrzeń.
Od miesięcy czułam, że coś jest nie tak. Zaczęło się niewinnie – nowa praca, nowe znajomości, coraz więcej wyjazdów, coraz mniej rozmów. Telefon zawsze wyciszony, nawet w domu. Znikał na siłownię, choć przez ostatnie dziesięć lat nie mógł się zebrać, żeby pobiegać choćby po parku. Nagle zaczął dbać o siebie, kupować nowe ubrania, zmienił fryzurę. Nawet dzieci zauważyły, że tata jest „jakiś inny”.
– Mamo, tata znowu nie wróci na kolację? – pytała Zosia, nasza młodsza córka, a ja nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
– Ma dużo pracy, kochanie – kłamałam, bo nie umiałam powiedzieć prawdy, której sama nie znałam.
Wieczorami przeglądałam jego Instagram, szukałam śladów. Próbowałam znaleźć tę młodą, piękną dziewczynę, z którą – byłam tego pewna – mnie zdradza. Może z siłowni, może z pracy, może z tych wszystkich spotkań, na które nagle musiał chodzić. Przeszukiwałam jego rzeczy, sprawdzałam kieszenie, rachunki, nawet zapachy na koszulach. Nic. Żadnych szminek, żadnych włosów, żadnych podejrzanych wiadomości. Tylko coraz większy dystans między nami.
Pewnej nocy nie wytrzymałam. Czekałam, aż wróci. Była druga w nocy, kiedy usłyszałam klucz w zamku. Wszedł cicho, jakby chciał się wymknąć z własnego domu.
– Gdzie byłeś? – zapytałam, stojąc w drzwiach sypialni.
Zatrzymał się, spojrzał na mnie zaskoczony. – Przecież mówiłem, spotkanie w pracy. Przeciągnęło się.
– Przestań kłamać! – wybuchłam. – Wiem, że coś się dzieje. Wiem, że mnie zdradzasz!
Patrzył na mnie przez chwilę, jakby ważył każde słowo. – Nie wiem, o czym mówisz – powiedział w końcu, ale jego głos był słaby, jakby sam nie wierzył w to, co mówi.
Nie spałam całą noc. Przewracałam się z boku na bok, analizując każdy szczegół z ostatnich miesięcy. Rano, kiedy dzieci wyszły do szkoły, postanowiłam działać. Zaczęłam śledzić go na Instagramie, sprawdzać, kogo obserwuje, z kim pisze. Nic. Zero młodych dziewczyn, żadnych serduszek pod zdjęciami. Tylko jedna osoba pojawiała się coraz częściej – Anna. Anna Nowak, jego była sprzed dwudziestu pięciu lat. Ta, o której nigdy nie chciał rozmawiać. Ta, która kiedyś złamała mu serce.
Zaczęłam łączyć fakty. Anna mieszkała teraz w Warszawie, niedaleko jego pracy. Miała własną firmę, była rozwiedziona, dzieci już dorosłe. Zaczęli się obserwować na Instagramie kilka miesięcy temu. Potem pojawiły się komentarze pod zdjęciami, krótkie wiadomości, spotkania „przy okazji”.
Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. To nie była młoda dziewczyna z siłowni. To była jego przeszłość, która wróciła, żeby zniszczyć naszą teraźniejszość.
Przez kilka dni chodziłam jak w transie. Nie miałam odwagi zapytać go wprost. Bałam się odpowiedzi. Ale pewnego wieczoru, kiedy dzieci już spały, usiadłam naprzeciwko niego w salonie.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam cicho.
Spojrzał na mnie, jakby wiedział, co chcę powiedzieć.
– Wiem o Annie – zaczęłam, a głos mi się łamał. – Wiem, że się z nią spotykasz.
Nie zaprzeczył. Przez chwilę milczał, a potem spuścił głowę.
– To nie tak, jak myślisz – powiedział w końcu. – Spotkałem ją przypadkiem. Zaczęliśmy rozmawiać. Wiesz, ile lat minęło? Byłem ciekawy, co u niej. Nic więcej.
– Nic więcej? – powtórzyłam z goryczą. – Wychodzisz z domu wieczorami, wracasz w nocy, ukrywasz przede mną telefon. To nie jest „nic więcej”.
Zacisnął pięści. – Nie rozumiesz. Przez tyle lat żyłem z poczuciem, że coś straciłem. Że nie zamknąłem tamtego rozdziału. Chciałem tylko zrozumieć, dlaczego wtedy tak się stało. Chciałem…
– Chciałeś wrócić do przeszłości? – przerwałam mu. – A co z nami? Co z naszym życiem, dziećmi?
Patrzył na mnie długo, a w jego oczach widziałam smutek, którego nie znałam. – Nie wiem – wyszeptał. – Naprawdę nie wiem.
Wstałam i wyszłam z pokoju. Nie płakałam. Byłam zbyt zła, zbyt rozczarowana, żeby płakać. Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy. Dzieci coś wyczuwały, ale nie pytały. Ja nie miałam siły na rozmowy, on coraz częściej znikał z domu.
Pewnego dnia, kiedy wróciłam z pracy, zobaczyłam go siedzącego na kanapie z walizką przy nogach.
– Wyprowadzam się – powiedział cicho. – Muszę to wszystko przemyśleć. Nie chcę cię ranić, ale nie mogę dłużej udawać.
Nie zatrzymałam go. Nie błagałam, żeby został. Patrzyłam tylko, jak wychodzi, jak zamyka za sobą drzwi. Poczułam ulgę i ból jednocześnie. Ulgę, że już nie muszę udawać, że wszystko jest w porządku. Ból, bo wiedziałam, że coś się skończyło na zawsze.
Przez kolejne tygodnie próbowałam poukładać swoje życie na nowo. Dzieci pytały o tatę, a ja odpowiadałam wymijająco. Wieczorami płakałam w poduszkę, zastanawiając się, gdzie popełniłam błąd. Czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy to moja wina, że wrócił do przeszłości?
Po kilku miesiącach zadzwonił. Chciał się spotkać. Zgodziłam się, choć nie wiedziałam, czego się spodziewać. Przyszedł, wyglądał na zmęczonego, starszego o kilka lat.
– Przepraszam – powiedział na powitanie. – Przepraszam, że cię zraniłem. Przepraszam, że nie potrafiłem być szczery. Myślałem, że odnajdę coś, co zgubiłem dawno temu. Ale zrozumiałem, że nie da się cofnąć czasu. Że to, co było, już nie wróci.
Siedzieliśmy w milczeniu. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Czy można wybaczyć zdradę, nawet jeśli nie była fizyczna, tylko emocjonalna? Czy można odbudować zaufanie, które zostało zniszczone?
– Co teraz? – zapytałam w końcu.
Wzruszył ramionami. – Nie wiem. Chciałbym spróbować jeszcze raz. Ale rozumiem, jeśli nie będziesz chciała.
Patrzyłam na niego i czułam, że nie jestem już tą samą osobą, co kiedyś. Że coś we mnie pękło, coś się zmieniło na zawsze. Może kiedyś mu wybaczę. Może nie. Ale wiem jedno – nie chcę już żyć w kłamstwie.
Czasem zastanawiam się, dlaczego ludzie wracają do przeszłości, zamiast budować przyszłość. Czy naprawdę można odnaleźć szczęście w tym, co już minęło? A może powinniśmy nauczyć się doceniać to, co mamy tu i teraz? Co wy o tym myślicie?