Miłość, która nie wystarczyła: Historia samotnej matki w polskiej rzeczywistości

– Kamil, powiedz mi w końcu prawdę. Chcesz być ze mną, czy nie? – mój głos drżał, choć starałam się brzmieć stanowczo. W kuchni pachniało kawą, a za oknem padał deszcz. Siedział naprzeciwko mnie, bawiąc się łyżeczką i patrząc gdzieś w bok, jakby szukał ucieczki.

– Nie wiem, Zosia. To wszystko dzieje się za szybko…

Wtedy poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Byłam w piątym miesiącu ciąży. Moje ciało się zmieniało, a ja coraz bardziej czułam się obca sama sobie. Przez ostatnie tygodnie powtarzałam sobie, że Kamil się ogarnie, że zrozumie powagę sytuacji. Ale on tylko coraz częściej znikał z domu, wracał późno i unikał rozmów.

Najgorsze były spotkania z jego matką. Pani Grażyna patrzyła na mnie z góry, jakbym była intruzem w jej idealnym świecie. – Ślub? Po co wam ślub? – pytała z ironią. – Dziecko to nie powód do małżeństwa. Kamil jest jeszcze młody, ma przed sobą całe życie.

Czułam się coraz bardziej samotna. Moja mama mieszkała daleko, tata zmarł kilka lat temu. Przyjaciółki miały swoje sprawy, a ja nie chciałam ich obciążać swoimi problemami. Każdego wieczoru leżałam na kanapie i głaskałam brzuch, próbując wyobrazić sobie przyszłość. Czy będę musiała wychować dziecko sama?

Pewnego dnia zadzwonił do mnie pan Andrzej, ojciec Kamila. – Zosiu, wiem, że jest ci ciężko. Chciałbym ci pomóc. Może spotkamy się na kawę? – zaproponował.

Spotkaliśmy się w małej kawiarni na rogu. Pan Andrzej był inny niż jego żona – ciepły, wyrozumiały. – Wiem, że Kamil się pogubił – powiedział cicho. – Ale on zawsze był pod silnym wpływem matki. Grażyna nie pozwala mu dorosnąć.

– Ale ja nie mogę czekać w nieskończoność – odpowiedziałam ze łzami w oczach. – Potrzebuję partnera, a nie wiecznego chłopca.

Wróciłam do domu z jeszcze większym ciężarem na sercu. Kamil siedział przed komputerem i grał w jakąś grę. Nawet nie zauważył, że płakałam.

– Kamil, musimy porozmawiać – zaczęłam ostrożnie.

– Znowu? O czym tu gadać? Przecież mówiłem ci już wszystko – burknął.

– O nas! O naszym dziecku! O przyszłości! – krzyknęłam bezsilnie.

Wtedy wszedł sms od pani Grażyny: „Nie naciskaj na Kamila. On nie jest gotowy na takie zobowiązania.”

Poczułam się jak intruz we własnym życiu. Jakby ktoś wyrwał mi grunt spod nóg.

Przez kolejne dni Kamil coraz rzadziej wracał do domu. Zostawałam sama z myślami i strachem o przyszłość. Zaczęłam szukać pracy zdalnej – wiedziałam, że muszę być niezależna finansowo. Wysyłałam CV, rozmawiałam przez telefon z rekruterami, choć głos mi drżał.

Pewnego wieczoru zadzwoniła moja mama.

– Zosiu, wracaj do domu. Tu zawsze będziesz miała wsparcie.

Ale ja nie chciałam wracać na wieś. Chciałam udowodnić sobie i światu, że dam radę sama.

W końcu przyszedł dzień, kiedy Kamil spakował torbę i wyszedł bez słowa. Nawet nie spojrzał mi w oczy.

Siedziałam wtedy na podłodze w kuchni i płakałam tak długo, aż zabrakło mi łez. Czułam się zdradzona przez wszystkich: przez niego, przez jego matkę, przez los.

Kilka dni później pan Andrzej przyszedł do mnie z zakupami.

– Nie jesteś sama – powiedział cicho i przytulił mnie jak córkę.

To był pierwszy raz od miesięcy, kiedy poczułam się bezpiecznie.

Zaczęłam układać swoje życie od nowa. Znalazłam pracę jako copywriterka w agencji reklamowej. Pracowałam z domu, pisałam teksty reklamowe między jednym kopnięciem dziecka a drugim.

Czasem dzwoniła pani Grażyna i próbowała przekonać mnie do oddania dziecka pod jej opiekę. – Ty sobie nie poradzisz – mówiła chłodno.

Ale ja już wiedziałam, że dam radę.

Kiedy urodziła się Hania, byłam sama na porodówce. Kamil nawet nie przyszedł do szpitala.

Patrzyłam na moją córeczkę i obiecałam jej wtedy: „Nigdy cię nie zostawię.”

Pan Andrzej odwiedza nas regularnie. Jest dla Hani jak dziadek i dla mnie jak ojciec.

Czasem zastanawiam się, czy powinnam była walczyć o Kamila bardziej. Czy mogłam coś zrobić inaczej? Ale potem patrzę na moją córkę i wiem, że zrobiłam wszystko najlepiej jak umiałam.

Czy naprawdę warto walczyć o kogoś, kto nie chce dorosnąć? Czy lepiej nauczyć się być szczęśliwą samej?

Może to właśnie jest najtrudniejsza lekcja dorosłości: zaakceptować samotność i nauczyć się kochać siebie.