Vikend, który miał być mój – Inwazja teściowej
– Aniu, w sobotę będę u was o ósmej rano. Trzeba w końcu zrobić porządek w tej waszej piwnicy, bo już nie mogę patrzeć na ten bałagan! – głos teściowej przebił się przez szum w słuchawce z siłą, która nie pozostawiała miejsca na sprzeciw.
Zamarłam. Właśnie miałam wyłączyć komputer po całym tygodniu pracy i cieszyć się myślą o spokojnym weekendzie z Tomkiem i dziećmi. Miałam plany – kino domowe, wspólne gotowanie, może spacer po parku. Ale teściowa, jak zwykle, miała swoje własne plany. I jak zwykle, nie pytała, tylko informowała.
– Mamo, ale my… – zaczęłam nieśmiało, próbując wykrzesać z siebie choć odrobinę asertywności.
– Ani słowa! – przerwała mi. – Tomek zawsze był taki nieporządny, a dzieci to już w ogóle. Trzeba ich nauczyć, że dom to nie śmietnik. Przyjadę z mopem, wiadrem i rękawicami. Do zobaczenia!
Klik. Rozmowa zakończona. Zostałam z telefonem w ręku i poczuciem, że znowu ktoś przejął kontrolę nad moim życiem.
Tomek wszedł do pokoju, widząc moją minę.
– Co się stało?
– Twoja mama. W sobotę rano. Akcja sprzątania piwnicy. – powiedziałam, ledwo powstrzymując łzy frustracji.
Westchnął ciężko, jakby już wiedział, że nie ma sensu się sprzeciwiać.
– Może po prostu jej pozwólmy. Szybciej pójdzie i będziemy mieli spokój.
– Ale to nie o sprzątanie chodzi! – wybuchłam. – To nasz dom, nasza rodzina, nasze zasady! Ona zawsze musi wszystko ustawiać po swojemu, jakbyśmy byli dziećmi!
Tomek spuścił wzrok. Wiedziałam, że dla niego to też trudne. Jego mama była kobietą z żelaza, która całe życie rządziła domem twardą ręką. Po śmierci teścia jeszcze bardziej próbowała kontrolować wszystko i wszystkich wokół siebie. Ale ja miałam już dość.
Noc była niespokojna. Przewracałam się z boku na bok, analizując każdą rozmowę z teściową, każde jej spojrzenie pełne dezaprobaty, każdy komentarz o moim gotowaniu, wychowaniu dzieci, nawet o tym, jak wieszam pranie. Czułam, jak narasta we mnie złość, ale i bezsilność. Czy naprawdę nie mam prawa do własnej przestrzeni?
Rano dzieci były podekscytowane. – Babcia przyjedzie! – krzyczała Zosia, a Jaś już szykował swoje ulubione klocki, żeby się pochwalić.
O ósmej punktualnie rozległ się dzwonek do drzwi. Teściowa weszła z impetem, jak generał na inspekcji. Rzuciła mi krótkie „dzień dobry”, po czym zaczęła wydawać polecenia.
– Tomek, wynieś te pudła do piwnicy. Aniu, przynieś ścierki. Dzieci, nie plączcie się pod nogami!
Patrzyłam, jak mój mąż bez słowa wykonuje polecenia, a dzieci zdezorientowane patrzą na mnie, nie wiedząc, czy mają się cieszyć, czy bać.
Zeszliśmy do piwnicy. Teściowa od razu zaczęła komentować:
– No pięknie, wszystko w nieładzie. Kto to widział, żeby trzymać słoiki obok narzędzi? A te stare zabawki, po co to komu?
– To są rzeczy dzieci, mają do nich sentyment – próbowałam tłumaczyć.
– Sentymen… Co? Aniu, trzeba umieć się pozbywać rzeczy. Ja w twoim wieku miałam już wszystko pod linijkę. Może dlatego Tomek wyrósł na porządnego człowieka.
Zacisnęłam zęby. Nie chciałam kłótni przy dzieciach, ale czułam, że zaraz wybuchnę. Przez kolejne godziny teściowa rządziła nami jak oddziałem wojska. Każdy nasz ruch był komentowany, każda decyzja podważana. Nawet kiedy chciałam zrobić przerwę na kawę, usłyszałam:
– Odpoczynek? Teraz? Najpierw obowiązki, potem przyjemności. W moich czasach…
W moich czasach. Ile razy słyszałam to zdanie? Ile razy czułam się przez nie gorsza, nie dość dobra, nie dość zaradna?
W pewnym momencie Jaś zaczął płakać. Zgubił swoją ulubioną maskotkę, którą teściowa wrzuciła do worka z rzeczami do wyrzucenia.
– Mamo, gdzie jest mój miś?!
– To tylko stary, brudny pluszak – powiedziała teściowa. – Trzeba się uczyć porządku od małego.
Nie wytrzymałam.
– Mamo, proszę, nie wyrzucaj rzeczy dzieci bez pytania! To ich dom, ich rzeczy!
Teściowa spojrzała na mnie z wyższością.
– Aniu, nie przesadzaj. Dzieci muszą się nauczyć, że nie wszystko można zatrzymać.
– Ale to nie pani decyduje, co jest ważne dla moich dzieci! – głos mi się załamał, ale nie mogłam już dłużej milczeć.
Zapadła cisza. Tomek patrzył na mnie zaskoczony, dzieci z przerażeniem, a teściowa… po raz pierwszy zobaczyłam w jej oczach cień niepewności.
– Chciałam tylko pomóc – powiedziała cicho, jakby pierwszy raz w życiu zwątpiła w swoją nieomylność.
– Wiem, ale czasem ta pomoc bardziej szkodzi niż pomaga – odpowiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. W końcu teściowa wyszła na podwórko, a ja usiadłam na schodach, tuląc płaczącego Jasia.
Tomek podszedł do mnie i objął mnie ramieniem.
– Przepraszam, że nie zareagowałem wcześniej. Zawsze bałem się jej sprzeciwić.
– Ja też się bałam. Ale już nie chcę. To nasz dom, nasze życie. Musimy ustalić granice.
Wieczorem, kiedy dzieci już spały, usiedliśmy z teściową przy stole. Była wyraźnie zmęczona, ale też jakby… mniejsza, mniej pewna siebie.
– Aniu, może rzeczywiście za bardzo się wtrącam. Ale ja tylko… po śmierci Staszka czuję się taka… niepotrzebna. Chciałam być blisko was, pomóc, poczuć się potrzebna.
Spojrzałam na nią inaczej. Zobaczyłam w niej nie tylko surową teściową, ale też samotną kobietę, która nie umie inaczej okazywać miłości.
– Rozumiem, mamo. Ale musimy się nauczyć rozmawiać. I szanować swoje granice.
Teściowa skinęła głową. Może pierwszy raz naprawdę mnie usłyszała.
Ten weekend nie był taki, jak planowałam. Był trudny, pełen łez, złości i żalu. Ale może właśnie dzięki temu coś się zmieniło. Może nauczyliśmy się mówić o swoich potrzebach, zamiast je tłumić.
Czasem zastanawiam się: gdzie kończy się pomoc, a zaczyna wtrącanie się? Czy potrafimy postawić granice, nie raniąc tych, których kochamy? Jak wy radzicie sobie z takimi sytuacjami w swoich rodzinach?