Szłam do szpitala po jedno dziecko, wróciłam z trójką! Historia, która przewróciła nasze życie do góry nogami

— Anka, oddychaj głęboko! — głos Tomka drżał, choć starał się być opanowany. Siedziałam na tylnym siedzeniu naszego starego passata, kurczowo ściskając torbę do szpitala. Skurcze były coraz silniejsze, a ja powtarzałam sobie w myślach: „To już drugi raz, dasz radę. Przecież już przez to przechodziłaś”. Ale w środku czułam niepokój, jakiego nie znałam.

W szpitalu wszystko potoczyło się błyskawicznie. Położna, pani Grażyna, spojrzała na mnie z troską i zaprowadziła na salę porodową. Tomek został za drzwiami. — Proszę się nie martwić, wszystko będzie dobrze — powiedziała, choć jej oczy zdradzały cień niepewności.

Poród był trudniejszy niż poprzedni. Kiedy usłyszałam pierwszy płacz dziecka, łzy napłynęły mi do oczu. Ale wtedy coś się wydarzyło. Lekarze zaczęli szeptać między sobą. — Jest jeszcze jedno! — usłyszałam nagle. Zamarłam. „Jak to jeszcze jedno?”

Nie miałam czasu na pytania. Po kilku minutach kolejny płacz rozdarł ciszę. Byłam w szoku. Ale to nie był koniec. — Proszę pani, mamy trojaczki! — powiedział lekarz z niedowierzaniem w głosie. Świat zawirował. Czułam się jak w złym śnie.

Leżałam na łóżku, patrząc na trzy maleńkie istoty w inkubatorach. Tomek wszedł do sali blady jak ściana. — Anka… co się stało? — wyszeptał. — Mamy trojaczki — odpowiedziałam cicho, a łzy zaczęły spływać mi po policzkach.

Pierwsze dni były jak zamglony koszmar. Wszyscy wokół gratulowali nam „szczęścia”, ale ja czułam tylko strach i przytłoczenie. Nasza córeczka Zosia została nagle starszą siostrą trójki noworodków. W domu czekał na nas chaos.

Mama przyjechała z Krakowa, żeby pomóc. — Aniu, dasz radę, jesteś silna — powtarzała, ale widziałam w jej oczach zmęczenie i troskę. Tomek wrócił do pracy po tygodniu, bo kredyt sam się nie spłaci. Zosia zaczęła być zazdrosna o uwagę, której nagle zabrakło.

— Mamo, pobawisz się ze mną? — pytała codziennie, a ja miałam ochotę płakać z bezsilności. Każda noc była walką o przetrwanie: karmienie, przewijanie, usypianie… i tak w kółko.

Pewnego wieczoru usiadłam na podłodze w łazience i rozpłakałam się na głos. — Nie dam rady… nie dam rady… — powtarzałam szeptem. Tomek wszedł bez pukania i przytulił mnie mocno.

— Anka, musimy być razem w tym wszystkim. Ja też się boję. Ale mamy siebie.

Z czasem nauczyliśmy się dzielić obowiązki: ja karmiłam dwójkę naraz, on przewijał trzeciego malucha i próbował ogarnąć Zosię. Mama gotowała obiady na trzy dni do przodu. Sąsiedzi przynosili pieluchy i ubranka po swoich dzieciach.

Ale pojawiły się też konflikty. Tomek był coraz bardziej zmęczony i drażliwy. Któregoś dnia wybuchł:

— Myślisz, że tylko ty masz ciężko? Ja też nie śpię po nocach! Pracuję jak wół!

Zamilkłam wtedy i przez kilka godzin nie odzywaliśmy się do siebie. Wieczorem usiadł obok mnie na kanapie.

— Przepraszam… Po prostu czasem mam wrażenie, że już nie dam rady.

— Ja też…

Przez te miesiące nauczyliśmy się rozmawiać o swoich lękach i słabościach. Zosia powoli zaakceptowała rodzeństwo, choć czasem jeszcze tupie nogą i mówi: „Chcę być znowu jedynaczką!”

Najtrudniejsze były momenty, gdy jedno z dzieci zachorowało na zapalenie płuc i musieliśmy jechać do szpitala w środku nocy. Strach o życie malucha paraliżował mnie wtedy całkowicie.

Czasem myślę o tym, jak bardzo zmieniło się nasze życie przez jedną noc. Marzenia o spokojnych wieczorach przy winie zamieniły się w walkę o każdą godzinę snu. Ale kiedy patrzę na nasze dzieci śpiące obok siebie w jednym łóżeczku, czuję wdzięczność pomieszaną ze strachem.

Czy jestem dobrą matką? Czy dam radę wychować troje dzieci naraz? Czy nasza rodzina przetrwa tę próbę?

Czasem pytam siebie: czy jedno wydarzenie może naprawdę zmienić wszystko? A może to my zmieniamy się najbardziej wtedy, gdy życie rzuca nam największe wyzwania?