Po 55. urodzinach mąż przestał wracać do domu na noc. Powiedział, że potrzebuje przestrzeni – a potem zobaczyłam ich razem w galerii handlowej
– Naprawdę nie masz czasu nawet na kolację? – zapytałam cicho, patrząc na Andrzeja, który już sięgał po klucze do swojego gabinetu. W jego oczach nie było czułości, tylko zmęczenie i coś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać. Może obojętność? Może zniecierpliwienie? W dniu moich 55. urodzin dostałam od niego tulipany z bazarku i butelkę wina. Nie miał czasu na świętowanie. – Głowa mnie boli, w pracy mam urwanie głowy. Przepraszam, kochanie – powiedział, całując mnie w czoło. Zamknął się w swoim gabinecie i nie wyszedł już do końca wieczoru. Siedziałam sama przy stole, patrząc na świeczki, które kupiłam specjalnie na tę okazję. Zawsze lubił waniliowe. Tym razem nawet ich nie poczuł.
Myślałam, że to po prostu zmęczenie. Że może rzeczywiście ma trudny okres w pracy. Przecież tyle lat byliśmy razem, przeżyliśmy już niejedno. Ale następnego dnia nie wrócił na noc. Zadzwonił późnym wieczorem. – Zostanę dziś u Marka, musimy skończyć projekt. Nie czekaj na mnie – powiedział szybko, jakby się spieszył, jakby nie chciał słyszeć mojego głosu. Poczułam, jak coś ściska mi gardło. Próbowałam sobie wmówić, że to nic, że przecież czasem tak bywa. Ale w środku już wiedziałam, że coś się zmieniło.
Kolejne dni były jak czekanie na wyrok. Andrzej wracał coraz rzadziej, coraz mniej mówił. Unikał mojego wzroku, nie pytał, jak się czuję, nie interesował się domem. Zostawiał mi krótkie wiadomości na kartkach: „Nie będę na obiedzie”, „Zostaję dłużej w pracy”, „Nie czekaj”. Czułam się jak cień we własnym domu. Nasza córka, Ola, dzwoniła codziennie, ale nie miałam siły jej mówić, co się dzieje. – Wszystko w porządku, kochanie – kłamałam, choć serce mi pękało.
Pewnego popołudnia, kiedy wracałam z zakupów, zobaczyłam ich razem. Stałam na ruchomych schodach w galerii handlowej i nagle, jakby świat się zatrzymał, zobaczyłam Andrzeja. Uśmiechał się do kobiety, która trzymała go za rękę. Była młodsza ode mnie, miała długie rude włosy i śmiała się głośno. Andrzej wyglądał na szczęśliwego. Takiego go nie widziałam od lat. Zamarłam. Przez chwilę miałam nadzieję, że to pomyłka, że to nie on. Ale nie, to był mój mąż. Mężczyzna, z którym spędziłam ponad trzydzieści lat życia.
Nie wiem, jak dotarłam do domu. Ręce mi się trzęsły, serce waliło jak oszalałe. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz się do mnie uśmiechnął, kiedy ostatni raz mnie przytulił. Nie pamiętałam. Przez kolejne dni chodziłam jak w transie. Nie jadłam, nie spałam. Andrzej wracał późno, nie patrzył mi w oczy. W końcu zebrałam się na odwagę.
– Andrzej, musimy porozmawiać – powiedziałam pewnego wieczoru, kiedy wszedł do domu. Spojrzał na mnie z niechęcią.
– O czym?
– Widziałam cię w galerii. Z nią. – Głos mi się załamał.
Przez chwilę milczał, potem wzruszył ramionami.
– Tak, spotykam się z Magdą. Potrzebuję przestrzeni. Od dawna nie jestem szczęśliwy. – Jego słowa były jak cios. – Nie chcę cię ranić, ale nie mogę już dłużej udawać.
Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Przecież byliśmy razem tyle lat. Przecież razem wychowaliśmy Olę, razem budowaliśmy ten dom, razem przeżyliśmy śmierć mojej mamy, jego zwolnienie z pracy, moje choroby. Zawsze byliśmy razem. A teraz on mówi, że potrzebuje przestrzeni? Że nie jest szczęśliwy?
Przez kolejne tygodnie próbowałam zrozumieć, co się stało. Przeglądałam stare zdjęcia, czytałam listy, które kiedyś do siebie pisaliśmy. Szukałam znaków, ostrzeżeń, czegokolwiek, co mogłoby mi wyjaśnić, dlaczego wszystko się rozpadło. Może za bardzo się poświęcałam? Może za mało dbałam o siebie? Może powinnam była częściej z nim rozmawiać, pytać, co czuje?
Ola przyjechała, kiedy w końcu powiedziałam jej prawdę. Płakała razem ze mną. – Mamo, to nie twoja wina – powtarzała. – Tata jest dorosły, sam podejmuje decyzje. Ale ja czułam się winna. Czułam, że zawiodłam jako żona, jako kobieta, jako matka. Przecież miałam być tą, która trzyma rodzinę razem.
Andrzej coraz częściej nocował poza domem. Przestał się tłumaczyć. Przestał dzwonić. Zostawił mi tylko krótką wiadomość: „Potrzebuję czasu. Proszę, nie dzwoń.”
Zostałam sama. W pustym domu, w którym każdy kąt przypominał mi o nim. O nas. O tym, co straciłam. Próbowałam się czymś zająć – zaczęłam chodzić na spacery, zapisałam się na jogę, spotykałam się z koleżankami. Ale wszystko wydawało się bez sensu. Każdego wieczoru zasypiałam z nadzieją, że to tylko zły sen, że rano się obudzę i Andrzej będzie obok mnie. Ale rano budziła mnie cisza.
Czasem zastanawiam się, czy mogłam coś zrobić inaczej. Czy mogłam go zatrzymać? Czy mogłam sprawić, żeby znów mnie kochał? Ale przecież miłość nie jest czymś, co można wymusić. Nie można jej zatrzymać na siłę. Może po prostu przestaliśmy być dla siebie ważni. Może życie nas rozdzieliło, zanim jeszcze to zauważyliśmy.
Dziś patrzę na siebie w lustrze i widzę kobietę, która przeszła przez piekło. Która straciła wszystko, co było dla niej ważne. Ale też kobietę, która wciąż żyje. Która wciąż potrafi się uśmiechać, choćby przez łzy. Która wciąż wierzy, że jeszcze może być szczęśliwa.
Czy można nauczyć się żyć na nowo, kiedy wszystko, co znałaś, nagle znika? Czy można jeszcze zaufać, jeszcze kochać, jeszcze marzyć? Może to właśnie jest najtrudniejsze – pozwolić sobie na nadzieję, kiedy serce jest w kawałkach.