Moja rodzina to pasożyty: Jak z Jasminą postanowiliśmy powiedzieć „dość” i odzyskać własny dom

– Znowu przyszli? – Jasmina spojrzała na mnie z kuchni, ścierając dłonie o fartuch. W jej oczach widziałem zmęczenie, którego nie potrafiłem już dłużej ignorować.

Za oknem, na naszym podjeździe, stał stary passat wujka Romana. Z bagażnika wystawały torby i dmuchane materace. Z samochodu wysypała się cała ferajna: ciotka Halina z wiecznie narzekającą miną, kuzynka Sylwia z dwójką rozwrzeszczanych dzieci i oczywiście babcia Zosia, która już z daleka krzyczała: – Adaś, Jasmina! Wstawiajcie wodę na herbatę!

Wiedziałem, co się święci. Kolejny weekend, który miał być tylko dla nas, zamieni się w festiwal rodzinnych żądań i pretensji. Kiedyś myślałem, że to normalne – przecież rodzina powinna się wspierać. Ale od kiedy kupiliśmy dom pod Warszawą, staliśmy się dla wszystkich darmowym pensjonatem.

Pamiętam pierwszy raz. Był listopad, ledwo skończyliśmy remontować łazienkę. Mama zadzwoniła: – Synku, przyjedziemy z tatą na dwa dni, bo u nas grzejniki nie działają. Oczywiście zgodziłem się bez wahania. Ale potem przyszli inni: brat z żoną, kuzynka z chłopakiem, a nawet sąsiadka cioci Haliny, bo „u was tak przytulnie”.

Z czasem przestaliśmy mieć własne życie. Jasmina coraz częściej płakała po nocach. – Adaś, ja już nie mam siły. To nie jest dom, tylko schronisko – mówiła cicho, żeby nikt nie usłyszał.

Wszystko zmieniło się pewnego sobotniego popołudnia. Siedzieliśmy z Jasminą na tarasie, popijając kawę. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem.

– No to jesteśmy! – wrzasnęła ciotka Halina. – Mam nadzieję, że macie coś do jedzenia, bo dzieci głodne jak wilki!

Jasmina spojrzała na mnie bezradnie. Wstałem i wszedłem do kuchni. Tam już babcia Zosia rozstawiała swoje słoiki na blacie.

– Adaś, przynieś mi nóż. I powiedz Jasminie, żeby nie przesadzała z tą dietą bezglutenową. Dzieci muszą jeść normalnie!

Poczułem, jak coś we mnie pęka. Przez chwilę miałem ochotę wyjść i nigdy nie wrócić. Ale spojrzałem na Jasminę – jej oczy były czerwone od łez.

Wieczorem usiedliśmy razem w sypialni.

– Tak dalej być nie może – powiedziała cicho Jasmina. – Albo postawimy granice, albo ja się wyprowadzam.

To był moment przełomowy. W nocy nie mogłem spać. Przewracałem się z boku na bok, słysząc śmiechy i krzyki dobiegające z salonu. Przypomniałem sobie nasze marzenia: własna sauna w ogrodzie, cisza, spokój…

Następnego dnia rano zebrałem wszystkich w salonie.

– Musimy porozmawiać – zacząłem niepewnie.

– O czym tu gadać? – burknął wujek Roman, rozkładając się na kanapie.

– O tym, że to jest nasz dom – powiedziała stanowczo Jasmina. – I chcemy mieć trochę prywatności.

Zapadła cisza. Babcia Zosia spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Adaś, ty chyba żartujesz? Przecież rodzina to rodzina!

– Wiem babciu – odpowiedziałem drżącym głosem. – Ale od lat nie mamy ani jednego weekendu dla siebie. Nie możemy tak żyć.

Ciotka Halina zaczęła płakać.

– Myślałam, że jesteście inni…

Kuzynka Sylwia wyprowadziła dzieci do ogrodu, rzucając mi gniewne spojrzenie.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Czułem się jak zdrajca własnej krwi. Ale wiedziałem, że muszę to zrobić dla siebie i Jasminy.

– Od dzisiaj prosimy o wcześniejsze umawianie wizyt – powiedziałem stanowczo. – I nie możemy już gościć wszystkich naraz. Potrzebujemy czasu dla siebie.

Wujek Roman wzruszył ramionami.

– No to chyba czas szukać innego miejsca na weekendy…

Babcia Zosia wyszła bez słowa do ogrodu. Ciotka Halina jeszcze długo szlochała w kuchni.

Po ich wyjeździe w domu zapanowała cisza tak głęboka, że aż bolały mnie uszy. Jasmina przytuliła się do mnie i pierwszy raz od dawna poczułem spokój.

Ale to był dopiero początek problemów. Rodzina zaczęła nas unikać na rodzinnych spotkaniach. Mama dzwoniła rzadziej, a kiedy już rozmawialiśmy, czułem chłód w jej głosie.

– Synku, nie poznaję cię…

Zastanawiałem się setki razy: czy dobrze zrobiłem? Czy można być szczęśliwym kosztem rodzinnych więzi?

Minęły miesiące. Z Jasminą odbudowaliśmy naszą relację. Zrobiliśmy wreszcie saunę w ogrodzie i nauczyliśmy się cieszyć małymi rzeczami: wspólnym śniadaniem na tarasie czy wieczornym filmem bez tłumu gości.

Czasem jednak patrzę na zdjęcia z rodzinnych imprez i czuję ukłucie żalu. Może można było to rozwiązać inaczej? Może jestem egoistą?

Ale potem widzę uśmiech Jasminy i wiem jedno: każdy ma prawo do własnych granic.

Czy wy też mieliście kiedyś wrażenie, że musicie wybierać między sobą a rodziną? Jak znaleźć złoty środek między bliskością a wolnością?