Głodna sąsiadka Ania – milczenie, które boli bardziej niż głód. Czy byliśmy winni?

– Mamo, dlaczego Ania znowu nie przyszła na podwórko? – zapytałam, patrząc przez okno na szarą klatkę schodową. Był listopad, deszcz bębnił o parapet, a ja czułam w powietrzu coś ciężkiego, czego nie umiałam jeszcze nazwać.

Mama spojrzała na mnie z troską i westchnęła. – Może jest chora, kochanie. Idź się pobawić z Kasią.

Ale ja wiedziałam, że to nie była prawda. Ania mieszkała za ścianą, w tym samym bloku na warszawskim Bródnie. Jej mama była cicha, zawsze z opuszczonym wzrokiem. Ojca nigdy nie widziałam. Czasem słyszałam przez ścianę płacz Ani albo stłumione krzyki. Wtedy przytulałam misia i udawałam, że to tylko wiatr.

Pewnego dnia mama wróciła z pracy z reklamówką pełną bułek i jabłek. Zamiast schować je do kuchni, wsunęła je do starej torby i wyszła na klatkę schodową. Zajrzałam przez wizjer – widziałam, jak puka do drzwi Ani. Po chwili drzwi się uchyliły, a mama wsunęła torbę do środka. Nikt nie powiedział ani słowa.

Wieczorem zapytałam: – Dlaczego dajesz Ani jedzenie?

Mama spojrzała na mnie poważnie. – Bo czasem trzeba pomóc, nawet jeśli inni udają, że nic nie widzą.

Wtedy nie rozumiałam jeszcze, jak bardzo inni udawali. Sąsiedzi mijali się na klatce schodowej bez słowa, czasem tylko rzucali krótkie spojrzenia w stronę drzwi Ani. W szkole nikt nie rozmawiał z nią dłużej niż trzeba. Nauczycielka raz zapytała: – Aniu, dlaczego nie masz drugiego śniadania? – ale Ania tylko spuściła głowę i nic nie odpowiedziała.

Pamiętam dzień, kiedy Ania przyszła do mnie po lekcjach. Była blada i miała podkrążone oczy.

– Mogę się pobawić twoimi lalkami? – zapytała cicho.

Przytaknęłam i podałam jej ulubioną lalkę Zuzię. Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, aż nagle Ania zaczęła płakać.

– Mama nie ma pracy – wyszeptała. – W domu nie ma nic do jedzenia…

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przytuliłam ją mocno i pobiegłam do kuchni po kawałek chleba z masłem. Gdy wróciłam, Ania jadła łapczywie, jakby od tego zależało jej życie.

Wieczorem opowiedziałam o wszystkim mamie.

– Nie mów nikomu – poprosiła mnie szeptem. – Ludzie są różni. Nie wszyscy chcą pomagać.

Z czasem zaczęłam zauważać więcej. Sąsiadka z parteru raz powiedziała do mojej mamy:

– Po co się pani wtrąca? Każdy ma swoje problemy.

A pan Zbyszek z trzeciego piętra tylko wzruszył ramionami: – Bieda była i będzie. Nie nasza sprawa.

To bolało. Czułam się winna za każdym razem, gdy widziałam Anię skuloną na ławce przed blokiem albo słyszałam jej pusty śmiech na podwórku.

Pewnego dnia Ania zniknęła. Jej mieszkanie stało się ciche jak nigdy dotąd. Mama powiedziała mi później, że zabrali ją do domu dziecka.

– Nie mogliśmy zrobić więcej? – zapytałam ze łzami w oczach.

Mama przytuliła mnie mocno:

– Czasem świat jest niesprawiedliwy. Ale ważne, żebyśmy nie byli obojętni.

Minęły lata. Dziś jestem dorosła i sama mam córkę. Często wracam myślami do tamtych dni i pytam siebie: czy zrobiłam wystarczająco? Czy nasze milczenie nie było gorsze niż bieda Ani?

Czasem budzę się w nocy i słyszę w wyobraźni jej cichy głos: „Mogę się pobawić twoimi lalkami?”

Czy naprawdę pomagaliśmy? A może byliśmy tylko częścią tego cichego tłumu, który odwraca wzrok? Co byście zrobili na moim miejscu?