Wyrzuciłam ciotkę męża z domu: jej bezczelność nie znała granic. Czy postąpiłam słusznie?

— Naprawdę musisz się tak denerwować? — zapytał Janek, patrząc na mnie z troską, gdy nerwowo poprawiałam obrus na stole. — Przecież to tylko ciotka Zofia.

Tylko ciotka Zofia. Te słowa brzmiały jak wyrok. Słyszałam o niej legendy: że jest bezpośrednia, że nie ma dla niej tematów tabu, że potrafi powiedzieć wszystko każdemu prosto w oczy. Ale przecież to rodzina Janka, a ja chciałam się dobrze zaprezentować. To miał być nasz pierwszy wspólny obiad z nią, bo na ślubie nie mogła być — mieszkała wtedy w Niemczech i nie zdążyła wrócić.

Dzwonek do drzwi. Serce mi waliło. Otworzyłam i zobaczyłam kobietę o ostrych rysach, w futrze mimo kwietniowego ciepła, z miną, jakby już wiedziała, że coś jej się nie spodoba.

— No wreszcie! — rzuciła, zanim zdążyłam się przywitać. — Myślałam, że tu zamarznę na tej klatce.

— Dzień dobry, pani Zofio. Bardzo mi miło…

— Zofia. Po prostu Zofia. Nie jestem taka stara, żeby mi tu „paniować” — przerwała mi i weszła do środka, rozglądając się krytycznie po mieszkaniu.

Janek przywitał ją serdecznie, ale ona już była zajęta ocenianiem naszego salonu.

— O, widzę, że IKEA króluje — mruknęła pod nosem. — No cóż, młodzi teraz nie mają gustu…

Przełknęłam ślinę i zaprosiłam ją do stołu. Starałam się być uprzejma, ale ona nie przestawała komentować:

— A to co za zupa? Marchewkowa? U nas w domu się takich rzeczy nie jadło. Janek, pamiętasz rosół twojej mamy? To była zupa!

Janek próbował żartować:

— Ależ Ania świetnie gotuje! Sam wybierałem menu.

— Ty zawsze byłeś łatwowierny — rzuciła Zofia i spojrzała na mnie z wyższością.

Czułam, jak narasta we mnie napięcie. Próbowałam zmienić temat:

— Słyszałam, że mieszkała pani… przepraszam, Zofio… w Monachium przez kilka lat?

— Tak. Tam ludzie wiedzą, jak żyć. Nie to co tutaj. A wy? Kiedy dzieci? Bo przecież już po ślubie trochę czasu minęło…

Zakrztusiłam się winem. Janek spojrzał na mnie przepraszająco.

— Jeszcze nie planujemy…

— No tak, teraz kariera ważniejsza niż rodzina — westchnęła teatralnie. — A potem będziecie płakać, że za późno.

Przez chwilę zapadła cisza. Poczułam się upokorzona i bezradna. Próbowałam jeszcze raz:

— Może kawy? Upiekłam sernik…

— Sernik? Mam nadzieję, że nie z gotowego sera z wiaderka. W Niemczech to by nie przeszło.

Wtedy coś we mnie pękło.

— Zofia, proszę przestać mnie obrażać. Staram się jak mogę, a pani tylko krytykuje wszystko od wejścia!

Janek zamarł z łyżką w ręku.

Zofia spojrzała na mnie z niedowierzaniem:

— Oho! Jaka odważna! W moim domu nikt by sobie nie pozwolił na taki ton wobec starszych!

— Ale to jest mój dom! — odpowiedziałam stanowczo. — I nie pozwolę się tak traktować.

Zofia wstała gwałtownie od stołu.

— No to chyba nie mam tu czego szukać!

— Chyba rzeczywiście — powiedziałam cicho, ale stanowczo.

Janek patrzył raz na mnie, raz na nią. W końcu podszedł do drzwi i otworzył je szeroko.

Zofia wyszła bez słowa pożegnania.

Po jej wyjściu długo siedzieliśmy w ciszy. Janek był blady.

— Może przesadziłam… — zaczęłam niepewnie.

— Nie — odpowiedział po chwili. — Ktoś musiał jej w końcu powiedzieć prawdę.

Ale ja czułam się okropnie. Przez następne dni dzwoniła do nas cała rodzina Janka: teściowa była oburzona („Jak mogłaś wyrzucić Zofię?! To starsza osoba!”), szwagierka szeptała mi do słuchawki („Dobrze jej tak!”), a Janek próbował wszystkich godzić.

W pracy nie mogłam się skupić. W głowie wciąż miałam jej słowa: „Kariera ważniejsza niż rodzina”. Czy naprawdę jestem taka zimna? Czy powinnam była przemilczeć jej uwagi?

W weekend spotkaliśmy się z teściową na kawie. Było sztywno.

— Aniu — zaczęła ostrożnie — wiem, że Zofia bywa trudna… Ale rodzina to rodzina.

— Mamo, ona przekroczyła granicę — przerwał jej Janek. — Ania miała prawo ją wyprosić.

Teściowa pokiwała głową ze smutkiem.

— Może i tak… Ale teraz cała rodzina będzie o tym mówić latami.

Wróciliśmy do domu w milczeniu. Wieczorem Janek przytulił mnie mocno.

— Jestem z ciebie dumny — powiedział cicho. — Nie pozwoliłaś się upokorzyć.

Ale ja wciąż miałam wątpliwości. Czy naprawdę powinnam była wyrzucić ciotkę Janka? Czy są granice rodzinnej lojalności?

Czasem patrzę na puste miejsce przy stole i zastanawiam się: czy można być szczerym i jednocześnie nie ranić innych? Czy rodzina daje nam prawo do wszystkiego?