Sześć lat pod jednym dachem: Opowieść o poświęceniu, rodzinie i zdradzie
— Znowu nie wróciłaś na czas, Aniu. Babcia czekała na obiad, a ja musiałam wszystko robić sama! — krzyknęłam przez telefon do męża, choć wiedziałam, że nie on jest winny. Ale ile można wytrzymać? Sześć lat pod jednym dachem z jego babcią, sześć lat, podczas których cała rodzina uznała, że to ja powinnam się nią zajmować, bo „jestem w domu”. A przecież to nie była moja babcia. To nie ja obiecywałam, że się nią zaopiekuję, kiedy teściowa wyjeżdżała do pracy do Niemiec.
Pamiętam ten dzień, kiedy wszystko się zaczęło. Siedzieliśmy w kuchni, a teściowa, pani Halina, z poważną miną powiedziała: — Aniu, wiem, że to dużo, ale tylko ty możesz mi pomóc. Ja muszę wyjechać, żebyśmy mogli spłacić kredyt. Babcia nie może zostać sama. — Spojrzała na mnie błagalnie, a ja, głupia, zgodziłam się, bo chciałam być dobrą synową. Chciałam, żeby mnie zaakceptowali, żeby mąż był dumny. Nie wiedziałam, że to będzie początek końca mojego spokoju.
Na początku myślałam, że dam radę. Babcia Zofia była jeszcze wtedy w miarę sprawna, choć już zapominała, gdzie położyła okulary czy klucze. Z czasem jednak zaczęła się gubić coraz częściej. W nocy wstawała, chodziła po domu, czasem próbowała wyjść na ulicę. Spałam czujnie, z jednym okiem otwartym, bo bałam się, że coś się stanie. Mąż, Tomek, pracował do późna, a kiedy wracał, był zmęczony i nie miał siły mi pomóc. — Przecież wiesz, że muszę zarabiać — powtarzał. — Mama wróci za rok, wtedy wszystko się zmieni. — Ale rok zamienił się w dwa, potem w trzy, aż w końcu przestałam liczyć.
Z czasem zaczęłam czuć się jak służąca. Każdy dzień wyglądał tak samo: śniadanie dla babci, leki, sprzątanie, pranie, gotowanie, pilnowanie, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Moje życie przestało istnieć. Przyjaciółki przestały dzwonić, bo zawsze odmawiałam spotkań. Moja mama mówiła: — Aniu, musisz postawić granice, bo się wykończysz. Ale jak miałam to zrobić? Przecież to rodzina, a rodziny się nie zostawia. Tak mnie wychowano.
Najgorsze były święta. Wszyscy przyjeżdżali, rozsiadali się przy stole, a ja biegałam między kuchnią a pokojem, doglądając babci i podając kolejne dania. Nikt nie zapytał, jak się czuję. Nikt nie zaproponował pomocy. Teściowa dzwoniła z Niemiec, mówiła, jak bardzo tęskni, ale nigdy nie zapytała, czy daję radę. — Jesteś taka dzielna, Aniu. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła — powtarzała, a ja czułam, jak narasta we mnie żal.
Pewnego dnia babcia upadła w łazience. Znalazłam ją leżącą na zimnych kafelkach, płakała z bólu. Zadzwoniłam po karetkę, a potem do Tomka. — Musisz wrócić do domu, nie dam sobie rady sama! — krzyczałam przez łzy. Przyjechał, ale był zły, że musiał wyjść z pracy. — Przesadzasz, Aniu. Przecież to tylko starsza osoba, trzeba uważać, ale nie panikować. — Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Czy naprawdę nie widzi, ile mnie to kosztuje?
Po powrocie babci ze szpitala było jeszcze gorzej. Potrzebowała pomocy przy wszystkim. Zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem — bóle głowy, bezsenność, ataki paniki. Lekarz powiedział, że to nerwica. — Musi pani odpocząć, zadbać o siebie — usłyszałam. Ale jak?
W końcu zebrałam się na odwagę i powiedziałam Tomkowi, że dłużej tak nie mogę. — To nie jest moje życie. Ja już nie jestem sobą. Potrzebuję pomocy, musimy coś zmienić. — Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. — Przecież mama wróci za kilka miesięcy, wytrzymaj jeszcze trochę. — Ale ja już nie miałam siły.
Zadzwoniłam do teściowej. — Pani Halino, musimy porozmawiać. Ja już nie daję rady. Potrzebuję wsparcia, może opiekunka, może dom opieki? — Zamilkła na chwilę, a potem powiedziała: — Aniu, przecież jesteś jak córka dla mnie. Nie rób tego babci. Ona cię kocha. — Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Czy naprawdę nikt nie widzi, że ja też mam swoje granice?
Zaczęłam rozmawiać z psychologiem. Powiedział mi, że mam prawo do własnego życia, do odpoczynku, do bycia szczęśliwą. Ale jak to zrobić, kiedy wszyscy oczekują ode mnie poświęcenia? Zaczęłam się zastanawiać, czy mój związek jest wart tych wszystkich lat samotności i cierpienia. Czy Tomek naprawdę mnie kocha, skoro nie widzi, jak bardzo mnie rani? Czy rodzina powinna wymagać ode mnie aż tyle?
Pewnego wieczoru, kiedy babcia już spała, usiadłam z Tomkiem przy stole. — Musimy podjąć decyzję. Albo coś się zmieni, albo ja odejdę. Nie chcę już tak żyć. — Spojrzał na mnie, jakby pierwszy raz zobaczył, że naprawdę cierpię. — Przepraszam, Aniu. Myślałem, że dasz radę. Nie chciałem cię skrzywdzić. — Ale czy przeprosiny wystarczą?
Dziś babcia jest już w domu opieki. Teściowa wróciła z Niemiec, ale nasze relacje są chłodne. Tomek stara się bardziej, ale ja wciąż czuję żal. Zastanawiam się, czy można odbudować zaufanie, kiedy raz zostało złamane. Czy warto poświęcać siebie dla innych, jeśli nikt tego nie docenia?
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: kim jestem, jeśli nie jestem już opiekunką? Czy jeszcze potrafię być szczęśliwa? Czy rodzina naprawdę powinna wymagać od nas aż tyle? Może czas postawić siebie na pierwszym miejscu, nawet jeśli inni tego nie rozumieją?