Pomóżcie! Nie mogę znaleźć odpowiedniego faceta – czy to ze mną jest coś nie tak?
– Znowu? – westchnęła mama, patrząc na mnie z kuchennego progu, kiedy wróciłam do domu po kolejnym nieudanym spotkaniu. – Marto, ile jeszcze razy dasz się nabrać na te randki z internetu? Przecież to nie ma sensu.
Zignorowałam jej słowa, choć bolały bardziej niż zwykle. W głowie wciąż miałam obraz Pawła, z którym rozmawiałam przez dwa tygodnie, a który na żywo okazał się zupełnie innym człowiekiem. Siedziałam przy stole, dłubiąc widelcem w zimnej już zupie, i czułam, jak narasta we mnie frustracja. Czy to naprawdę ze mną jest coś nie tak?
Mam trzydzieści dwa lata. W moim otoczeniu wszyscy już dawno poukładali sobie życie. Moja młodsza siostra, Ania, ma dwójkę dzieci i męża, który codziennie przynosi jej kwiaty. Najlepsza przyjaciółka, Kasia, właśnie kupiła dom pod Warszawą. A ja? Ja wciąż mieszkam z rodzicami w naszym starym mieszkaniu na Mokotowie, próbując udawać, że mi to nie przeszkadza.
– Może powinnaś dać sobie spokój na jakiś czas? – zaproponowała mama, nalewając mi herbaty. – Skupić się na pracy, na sobie…
– Mamo, ja nie chcę być sama! – wybuchłam, a łzy napłynęły mi do oczu. – Nie rozumiesz? Każdy wokół mnie ma kogoś, a ja…
– Może za bardzo się starasz – wtrącił się tata, który do tej pory milczał, czytając gazetę. – Czasem trzeba odpuścić.
Wiedziałam, że nie zrozumieją. Oni poznali się na studiach, zakochali się od pierwszego wejrzenia i są razem od czterdziestu lat. Nie wiedzą, jak to jest przewijać się przez dziesiątki profili na Tinderze, rozmawiać z facetami, którzy po trzech wiadomościach pytają o zdjęcia w bikini, albo – co gorsza – znikają bez słowa po tygodniu rozmów.
Wieczorem zadzwoniła Kasia.
– No i jak było? – zapytała z nadzieją w głosie.
– Tak jak zwykle. Fajny w sieci, w realu zero chemii. Poza tym… – zawahałam się. – Powiedział, że nie szuka niczego poważnego. Chciałby się po prostu „dobrze bawić”.
– Może powinnaś spróbować czegoś innego? – zaproponowała. – Zapisz się na jakieś zajęcia, kurs tańca, cokolwiek. Tam poznasz normalnych ludzi.
Westchnęłam. Próbowałam już wszystkiego: speed dating, warsztaty kulinarne, nawet kurs języka włoskiego. Zawsze kończyło się tak samo – poznawałam sympatycznych ludzi, ale żaden nie był „tym jedynym”. A może to ja nie jestem „tą jedyną” dla nikogo?
W pracy też nie było lepiej. Wszyscy koledzy z działu są żonaci, a jedyny wolny facet, Tomek z IT, od miesięcy podkochuje się w naszej szefowej. Czasem łapię się na tym, że zazdroszczę nawet parom, które kłócą się na ulicy – przynajmniej mają siebie.
Pewnego dnia, wracając z pracy, spotkałam na klatce schodowej sąsiada z piętra wyżej. Michał, wdowiec po czterdziestce, zawsze uśmiechnięty, z dwójką dzieci. Zaczęliśmy rozmawiać o pogodzie, potem o remontach w bloku. Poczułam, że jest w nim coś ciepłego, spokojnego. Przez chwilę pomyślałam, że może…
– Może pójdziemy kiedyś na kawę? – zapytałam nieśmiało.
Uśmiechnął się, ale w jego oczach zobaczyłam smutek.
– Dziękuję, Marto, ale… jeszcze nie jestem gotowy. Może kiedyś.
Znowu to samo. Zawsze jestem „za późno”, „nie w porę”, „nie tą osobą”. Wróciłam do mieszkania i zamknęłam się w łazience. Patrzyłam w lustro, próbując znaleźć w sobie coś, co mogłoby się komuś spodobać. Może powinnam schudnąć? Zmienić fryzurę? Być bardziej przebojowa?
W weekend pojechałam do Ani. Jej dzieci biegały po domu, a ona z mężem przygotowywali obiad. Patrzyłam na nich z mieszaniną zazdrości i rozpaczy. W pewnym momencie Ania usiadła obok mnie na kanapie.
– Martuś, nie możesz się tak zadręczać. Wiem, że ci ciężko, ale…
– Ale co? – przerwałam jej. – Ty masz wszystko, o czym ja marzę. Nawet nie wiesz, jak to jest wracać do pustego mieszkania.
– Wiem – powiedziała cicho. – Czasem też czuję się samotna. Nawet mając rodzinę, można się tak czuć.
Zaskoczyła mnie. Zawsze myślałam, że jej życie jest idealne. Może każdy z nas nosi w sobie jakąś pustkę?
Wieczorem, leżąc w łóżku, przeglądałam stare zdjęcia. Z czasów, kiedy jeszcze wierzyłam, że wszystko się ułoży. Z czasów, kiedy miałam nadzieję. Teraz coraz częściej myślę, że może jestem po prostu stworzona do samotności. Może nie każdy musi mieć swoją drugą połówkę?
Ale potem przypominam sobie, jak bardzo pragnę bliskości. Jak bardzo chciałabym, żeby ktoś przytulił mnie wieczorem, zapytał, jak minął dzień. Czy to naprawdę tak dużo?
Czasem mam wrażenie, że świat dzieli się na tych, którym się udało, i na takich jak ja – wiecznie szukających, wiecznie rozczarowanych. Może powinnam przestać szukać? Może wtedy coś się zmieni?
A może to już za późno?
Czy naprawdę jestem skazana na samotność? Czy ktoś z was też tak się czuje? Napiszcie, proszę… Może nie jestem sama.