„Nie wytrzymałam, gdy mój syn zapytał, czy może mówić do babci 'mamo’. Odpowiedziałam, a teściowa słyszała wszystko”
– Mamo, a mogę mówić do babci „mamo”? – zapytał Staś, patrząc na mnie wielkimi, niebieskimi oczami. Zamarłam. W kuchni pachniało jeszcze świeżo upieczonym chlebem, a za oknem padał ciepły, czerwcowy deszcz. Moja teściowa, pani Halina, stała przy zlewie i udawała, że nie słyszy. Ale widziałam, jak jej ręka zadrżała, gdy odkładała talerz.
Nie wiem, co mnie bardziej zabolało – to pytanie czy fakt, że padło ono właśnie teraz, kiedy wróciłam po tygodniu delegacji z Warszawy. Staś miał tylko pięć lat, a ja czułam się tak, jakbym już przegrała najważniejszą walkę swojego życia.
– Dlaczego chcesz tak mówić? – zapytałam cicho, próbując ukryć drżenie głosu.
– Bo babcia zawsze jest ze mną. Odbiera mnie z przedszkola, robi mi kakao i czyta bajki na dobranoc. Ty jesteś tylko rano i wieczorem. – Jego słowa były jak nóż.
Teściowa odwróciła się powoli. Jej twarz była blada, a oczy pełne niepokoju. – Stasiu, nie możesz tak mówić. Mama jest jedna – powiedziała łagodnie.
Ale ja już nie słuchałam. W głowie dudniło mi jedno: zawiodłam. Przecież zawsze byłam najlepsza – w szkole, na studiach, w pracy. Skończyłam ekonomię na Uniwersytecie Warszawskim z wyróżnieniem. Dostałam pracę w prestiżowej firmie konsultingowej. Miałam wszystko pod kontrolą… do czasu narodzin Stasia.
Mój mąż, Tomek, był dumny z moich sukcesów. Ale kiedy pojawił się Staś, okazało się, że nie potrafimy być razem rodzicami. Tomek pracował jeszcze więcej niż ja. Zostaliśmy więc pod jednym dachem z jego mamą – „na chwilę”, jak mówiliśmy sobie przez pierwsze miesiące.
Ta „chwila” trwała już ponad cztery lata. Pani Halina była wszędzie: w kuchni, w salonie, w życiu mojego syna. Z początku byłam jej wdzięczna – dzięki niej mogłam wrócić do pracy i nie martwić się o opiekę nad Stasiem. Ale z czasem zaczęłam czuć się jak gość we własnym domu.
– Stasiu, mama cię bardzo kocha – powiedziałam w końcu, choć głos mi się łamał.
– Wiem… Ale babcia jest zawsze blisko – odpowiedział cicho.
Wyszłam z kuchni i zamknęłam się w łazience. Oparłam się o zimne kafelki i pozwoliłam sobie na łzy. Przypomniałam sobie własną mamę – jak zawsze była dla mnie, nawet gdy pracowała na dwie zmiany w szpitalu. Zawsze znalazła czas na rozmowę, na wspólną herbatę przed snem.
A ja? Ja byłam wiecznie zajęta. Nawet teraz myślałam o raporcie, który muszę oddać do końca tygodnia.
Wieczorem Tomek wrócił późno. Siedziałam przy stole z kubkiem zimnej herbaty i patrzyłam w pustkę.
– Co się stało? – zapytał zmęczonym głosem.
– Staś chce mówić do twojej mamy „mamo”.
Tomek westchnął ciężko i usiadł naprzeciwko mnie.
– Może to naturalne? Przecież ona go wychowuje…
– A ja? – przerwałam mu ostro. – Kim ja jestem w tym domu?
Zapanowała cisza. W końcu Tomek powiedział:
– Może powinniśmy coś zmienić…
Ale co? Nie stać nas było na nianię ani na własne mieszkanie w Warszawie. Praca była dla mnie wszystkim – dawała mi poczucie wartości i niezależności. Ale czy kosztem mojego dziecka?
Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z teściową.
– Pani Halino… Musimy ustalić granice. Ja jestem matką Stasia.
Spojrzała na mnie ze smutkiem.
– Wiem, Aniu. Ale on potrzebuje kogoś blisko…
– To ja powinnam być blisko! – wybuchłam nagle. – To ja powinnam odbierać go z przedszkola i czytać mu bajki!
– To czemu tego nie robisz? – zapytała spokojnie.
Zabrakło mi słów. Bo przecież wiedziałam dlaczego: praca, ambicje, kredyt…
Przez kolejne dni unikałam rozmów. Staś był cichy i zamknięty w sobie. Wieczorami tulił się do babci, a ja czułam się coraz bardziej obca.
W końcu zebrałam się na odwagę i poprosiłam szefa o możliwość pracy zdalnej przez dwa dni w tygodniu. Ku mojemu zdziwieniu zgodził się bez większych oporów.
Pierwszego dnia odebrałam Stasia z przedszkola sama. Był zdziwiony i trochę nieufny.
– Mamo… Ty przyszłaś?
– Tak, kochanie. Dzisiaj tylko my dwoje.
Poszliśmy na lody i do parku. Opowiadał mi o swoich kolegach i o tym, jak bardzo lubi grać w piłkę nożną. Poczułam coś dziwnego – radość pomieszaną ze smutkiem. Ile takich chwil straciłam?
Wieczorem przeczytałam mu bajkę na dobranoc. Przytulił się do mnie mocno.
– Mamo… Kocham cię.
Łzy napłynęły mi do oczu.
Teściowa stała w drzwiach i patrzyła na nas z uśmiechem pełnym ulgi.
Od tamtej pory staram się być bliżej Stasia. Nie jest łatwo – czasem znów gubię się w pracy i obowiązkach. Ale wiem już jedno: żadna kariera nie zastąpi mi tych chwil z synem.
Czasem zastanawiam się: ile matek musi usłyszeć takie pytanie od swojego dziecka, żeby zrozumieć, co naprawdę jest ważne? Czy można pogodzić ambicje z macierzyństwem bez poczucia winy?