Nie jestem służącą mojego teścia – Dramat rodzinnej niedzieli w polskim domu

– Aniu, podaj mi jeszcze kompot, bo ten już wystygł! – głos teścia przebił się przez gwar rozmów przy stole, a ja poczułam, jak cała krew odpływa mi z twarzy. Siedziałam na końcu stołu, z widelcem w dłoni, próbując przełknąć ostatni kęs ziemniaka. Wszyscy spojrzeli na mnie, nawet mój mąż, Tomek, który tylko wzruszył ramionami i wrócił do rozmowy z bratem.

W tej chwili poczułam się niewidzialna. Jakby moje potrzeby nie miały znaczenia. Jakby moją jedyną rolą było dogadzać innym. Przez chwilę miałam ochotę rzucić wszystko i wybiec z jadalni, ale zamiast tego wstałam, wzięłam dzbanek z kompotem i nalałam teściowi do szklanki. Uśmiechnął się do mnie pobłażliwie, jakby właśnie wykonałam swoją powinność.

– Dziękuję, Aniu. Widzisz, jak to dobrze mieć kobietę w domu – rzucił półżartem do Tomka.

Zacisnęłam zęby. W głowie kłębiły mi się myśli: „Czy ja naprawdę jestem tu tylko po to, żeby usługiwać? Czy nikt nie widzi, że też jestem zmęczona po całym tygodniu pracy?” Przecież to ja od rana gotowałam rosół, piekłam schabowego i lepiłam pierogi. Teść przyszedł na gotowe, a teraz jeszcze traktuje mnie jak kelnerkę.

Po obiedzie wszyscy przenieśli się do salonu. Dzieciaki rozłożyły klocki na dywanie, a mężczyźni rozmawiali o polityce. Teściowa zniknęła w kuchni, więc poszłam jej pomóc. Zawsze tak było – kobiety sprzątają, mężczyźni odpoczywają. Ale dziś coś we mnie pękło.

– Mamo, czy ty też nigdy nie masz dość? – zapytałam cicho, zmywając talerze.

Teściowa spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.

– Aniu, tak już jest… Taka nasza rola. Lepiej nie narzekać, bo potem tylko gorzej – odpowiedziała szeptem.

Poczułam bunt. „Dlaczego mamy się godzić na takie traktowanie? Dlaczego nasze potrzeby są zawsze na końcu?” Przypomniałam sobie własną mamę – ona też zawsze była ostatnia przy stole, zawsze w biegu.

Wieczorem, gdy goście wyszli, usiadłam z Tomkiem na kanapie.

– Tomek, czy ty nie widzisz, jak twój ojciec mnie traktuje? – zapytałam drżącym głosem.

Spojrzał na mnie zdziwiony.

– Przesadzasz. On po prostu tak ma. Nie przejmuj się – odpowiedział z obojętnością.

– Ale ja się przejmuję! Nie chcę być służącą w swoim własnym domu! – wybuchłam.

Tomek westchnął i wzruszył ramionami.

– To tradycja. Tak było zawsze u nas w domu.

Poczułam się jeszcze bardziej samotna. Czy naprawdę mam się pogodzić z tym losem? Czy muszę rezygnować z siebie dla „świętego spokoju”?

Następnego dnia zadzwoniła do mnie mama.

– Aniu, jak tam niedziela? – zapytała pogodnie.

Nie wytrzymałam i opowiedziałam jej wszystko. Słuchała uważnie, a potem powiedziała:

– Córeczko, musisz walczyć o siebie. Ja nigdy nie miałam odwagi powiedzieć „dość” i żałuję tego każdego dnia.

Te słowa zapadły mi głęboko w serce. Postanowiłam działać.

Przez cały tydzień rozmyślałam nad tym, jak postawić granice. W piątek zadzwoniła teściowa:

– Aniu, w niedzielę znów wszyscy przyjdą na obiad. Może upieczesz sernik?

Zacisnęłam pięści.

– Pani Zosiu, tym razem nie dam rady. Mam dużo pracy i chcę odpocząć w weekend. Może zamówimy coś gotowego albo podzielimy się obowiązkami?

Zapadła cisza po drugiej stronie słuchawki.

– No… dobrze… – odpowiedziała niepewnie teściowa.

W niedzielę atmosfera była napięta. Teść patrzył na mnie spod byka, ale tym razem nie poprosił o kompot. Siedziałam przy stole spokojnie, rozmawiałam z dziećmi i czułam się wolna jak nigdy dotąd.

Po obiedzie Tomek podszedł do mnie.

– Co ty wyprawiasz? Wszyscy są w szoku!

Spojrzałam mu prosto w oczy.

– Po prostu dbam o siebie. Nie chcę być służącą w swoim domu ani dla twojego ojca, ani dla nikogo innego.

Tomek milczał przez chwilę, potem odwrócił się na pięcie i wyszedł do ogrodu.

Wieczorem usiadłam sama przy kuchennym stole. Było mi ciężko, ale czułam też ulgę. Po raz pierwszy od lat postawiłam siebie na pierwszym miejscu. Wiedziałam, że czeka mnie jeszcze wiele trudnych rozmów i może nawet konfliktów rodzinnych. Ale wiedziałam też jedno: jeśli teraz się poddam, już nigdy nie odzyskam szacunku do samej siebie.

Czy naprawdę musimy poświęcać własne szczęście dla cudzych oczekiwań? Czy rodzina to miejsce wsparcia czy pole walki o własne granice? Co wy o tym myślicie?