Musiałam wyrzucić teściową z naszej parapetówki: Mąż nigdy mi tego nie wybaczył

– Nie wierzę, że to powiedziałaś, Aniu! – głos Michała drżał ze złości, a ja czułam, jak moje serce wali mi w piersi. Goście milknęli jeden po drugim, a w salonie naszego nowego mieszkania zapadła cisza tak gęsta, że można ją było kroić nożem.

Jeszcze godzinę temu śmialiśmy się wszyscy przy stole. Parapetówka – nasza pierwsza wspólna impreza w nowym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie. Byli rodzice Michała, moja mama, kilku naszych przyjaciół z pracy i sąsiedzi z klatki. Pachniało świeżo pieczonym sernikiem i kawą. W tle grała cicho muzyka. Byłam szczęśliwa, choć zmęczona przygotowaniami.

Ale potem przyszła ona – teściowa. Pani Halina. Zawsze elegancka, zawsze z perfekcyjnym makijażem i tym spojrzeniem, które sprawiało, że czułam się jak dziecko, które zrobiło coś nie tak. Przyniosła tort i… swoje opinie.

– Aniu, widzę, że firanki jeszcze nie powieszone – rzuciła na wejściu. – No ale cóż, nie każdy ma dryg do prowadzenia domu.

Uśmiechnęłam się nerwowo. Michał ścisnął mnie za rękę pod stołem. Wiedziałam, że muszę być cierpliwa. Przecież to tylko kilka godzin.

Ale Halina nie odpuszczała. Krytykowała wszystko: kolor ścian („Taki zimny, jak w szpitalu”), wybór kanapy („Za miękka, zaraz się zapadnie”), nawet moją sałatkę („Może następnym razem spróbujesz z prawdziwą oliwą?”). Goście zaczęli wymieniać spojrzenia. Moja mama próbowała ratować sytuację żartami, ale atmosfera gęstniała.

W końcu Halina podniosła kieliszek i powiedziała:

– Mam nadzieję, że Michał będzie tu szczęśliwy… mimo wszystko.

To „mimo wszystko” zawisło w powietrzu jak groźba. Poczułam łzy pod powiekami. Michał milczał. Wszyscy patrzyli na mnie.

Wtedy coś we mnie pękło.

– Pani Halino – zaczęłam cicho, ale stanowczo – bardzo proszę… jeśli nie potrafi pani powiedzieć nic miłego, proszę wyjść.

Zapadła cisza. Teściowa spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

– Co ty sobie wyobrażasz? – syknęła. – To ja jestem matką Michała!

– Ale to jest mój dom – odpowiedziałam drżącym głosem.

Michał zerwał się z miejsca.

– Ania! Przesadzasz!

Ale ja już nie mogłam się cofnąć. Patrzyłam na Halinę i czułam, jak całe moje ciało drży ze strachu i wstydu. Ale też z ulgi. Ktoś w końcu musiał to powiedzieć.

Halina wstała powoli, poprawiła torebkę i rzuciła przez ramię:

– Michał, synu… pamiętaj, kto cię wychował.

Wyszła trzaskając drzwiami. Goście zaczęli się zbierać w pośpiechu. Moja mama przytuliła mnie mocno i wyszeptała: „Dobrze zrobiłaś”.

Ale Michał patrzył na mnie jak na obcą osobę.

– Jak mogłaś? To moja matka! – krzyczał później tej nocy, kiedy zostaliśmy sami.

– A ja? Ja się nie liczę? – zapytałam cicho.

Nie odpowiedział. Przez kolejne dni unikał mnie, wychodził wcześniej do pracy i wracał późno. W domu panowała cisza. Czułam się jak intruz we własnym mieszkaniu.

Teściowa dzwoniła do Michała codziennie. Słyszałam ich rozmowy przez drzwi sypialni:

– Synku, ona cię odciąga ode mnie… Zobaczysz, jeszcze zatęsknisz za prawdziwym domem.

Michał coraz częściej wracał do rodzinnego domu na obiady. Ja zostawałam sama z naszym kotem i pustką w salonie.

Próbowałam rozmawiać:

– Michał, musimy to wyjaśnić… Nie mogę pozwolić, żeby ktoś mnie tak traktował we własnym domu.

– Ty nic nie rozumiesz! – wybuchał. – Ona jest moją matką! Ty ją upokorzyłaś!

– A ja? Ile razy ona upokarzała mnie przy tobie?

Nie odpowiadał. Coraz częściej spał na kanapie.

Minęły tygodnie. Goście przestali dzwonić. Nawet moja mama zaczęła unikać tematu parapetówki. Czułam się winna i samotna.

Pewnego wieczoru Michał wrócił późno. Pachniał perfumami Haliny i jej obiadem – zawsze gotowała mu ulubione gołąbki.

– Aniu… chyba potrzebujemy przerwy – powiedział bez emocji.

Poczułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi.

– To przez nią? – zapytałam drżącym głosem.

Milczał długo.

– Nie wiem… Może przez nas oboje.

Spakował kilka rzeczy i wyszedł. Zostałam sama w naszym nowym mieszkaniu – tym samym, które miało być początkiem nowego życia.

Przez kolejne dni nie jadłam, nie spałam. Patrzyłam na puste ściany i zastanawiałam się: czy naprawdę zrobiłam coś złego? Czy powinnam była milczeć dla świętego spokoju?

Po miesiącu Michał wrócił po resztę rzeczy. Był chłodny i obcy.

– Przepraszam… Ale nie potrafię wybrać między tobą a mamą – powiedział cicho.

Zrozumiałam wtedy, że nigdy nie byłam dla niego na pierwszym miejscu.

Dziś minął rok od tamtej parapetówki. Mieszkanie już nie pachnie sernikiem ani kawą. Czasem odwiedza mnie mama albo przyjaciółka Kasia. Ale najczęściej jestem sama ze swoimi myślami.

Czy żałuję? Czasem tak. Czasem nie. Bo wiem jedno: nikt nie powinien pozwalać, by ktoś inny go upokarzał – nawet jeśli to rodzina.

Czy naprawdę można być szczęśliwym w związku, jeśli trzeba wybierać między sobą a cudzymi oczekiwaniami? A może powinnam była zacisnąć zęby dla spokoju?

Co wy byście zrobili na moim miejscu?