Między czterema ścianami i jednym psim sercem: jak Figa zmusiła mnie, żebym wreszcie wybrała siebie
Figa wyrwała mi się z dłoni na klatce schodowej i popędziła w dół, jakby znała ten blok lepiej ode mnie. Zanim dobiegłam do parteru, usłyszałam pisk hamulców pod oknem i metaliczny łoskot. Na wycieraczce zobaczyłam krople krwi, czerwone na szarych płytkach, a w powietrzu wisiał ostry zapach mokrego betonu po nocnym deszczu. Zbiegłam na podwórko i nie widziałam jej nigdzie, tylko otwartą bramę i cień, który znikał za śmietnikiem.
To było pół roku po pogrzebie Gabrieli, mojej teściowej. Wtedy wszyscy mówili, że „trzeba się trzymać razem”. Mąż, Marek, powtarzał to jak zaklęcie. Jego ojciec, Stanisław, milczał. A ja wprowadziłam się na stałe do ich mieszkania w bloku na warszawskim Targówku, bo „tak będzie rozsądniej” i „po co płacić za dwa czynsze”. Moja mama mówiła: nie rób tego, dziecko. Pod jednym dachem z rodziną męża nie ma miejsca na oddech. Zignorowałam ją, bo bałam się, że wyjdę na egoistkę.
Po śmierci Gabrieli dom nie stał się spokojniejszy. Stał się bardziej ciasny. Jej rzeczy pachniały nadal w szafach – lawendą i proszkiem do prania, takim tanim, z dyskontu, który zostawiał w powietrzu słodkawy pył. W kuchni wciąż wisiała jej ściereczka w czerwone kratki. I choć nikt o niej nie mówił, to każdy mówił o niej wszystko. Stanisław robił herbatę w jej ulubionym kubku i stawiał go na stole, jakby czekał, że zaraz wejdzie. Marek wracał z pracy i włączał telewizor głośniej, żeby nie słyszeć ciszy.
A ja próbowałam się wpasować. Wstawałam wcześniej, żeby nie przeszkadzać. Myłam łazienkę, bo „Gabriela zawsze miała czysto”. Uczyłam się, gdzie co leży, żeby nie słyszeć: „u nas się tak nie robi”. Po pracy w biurze rachunkowym wracałam zmęczona, z głową ciężką jak kamień. Czułam się, jakbym przez cały dzień miała na plecach mokry płaszcz. Najgorsze było to, że nie umiałam nikomu powiedzieć, że nie daję rady. Wstydziłam się. I zaczęłam się bać własnego zmęczenia.
Figa pojawiła się przypadkiem, a może właśnie nie. W listopadzie, kiedy wiatr wciskał się w rękawy kurtki i niósł ze sobą zapach spalin z ulicy Radzymińskiej, Marek wrócił z osiedlowego sklepu. W rękach miał siatkę z ziemniakami, a pod kurtką coś się poruszało.
– Znalazłem ją pod kontenerem – powiedział, jakby mówił o zgubionej czapce.
To była młoda suczka, niewielka, o szorstkiej sierści w kolorze cynamonu, z białą łatą na piersi. Miała podrapany pysk i jedno ucho lekko klapnięte. Pachniała mokrą trawą, śmietnikiem i czymś jeszcze – gorzkim strachem. Kiedy ją pogłaskałam, wzdrygnęła się, ale nie uciekła. Jej skóra była chłodna, a pod palcami czułam drobne kości.
Stanisław od razu powiedział „nie”. Marek wahał się, bo wiedział, że w spółdzielni są zakazy, a sąsiadka z dołu potrafi zadzwonić po administrację za głośne kroki. Ja też powiedziałam „nie”, ale to było „nie” z lęku. Bałam się kolejnej odpowiedzialności. Bałam się, że jak przywiążę się do psa, to już całkiem nie będę miała siły na nic.
Tego wieczoru Figa położyła się pod stołem i zasnęła. Słyszałam jej oddech, szybki, urywany, jakby śniła o ucieczce. W nocy obudziłam się i poczułam jej ciepło przy łydce. Dotykała mnie grzbietem. Nie chciałam tego, a jednocześnie coś we mnie puściło. Jak supeł, który trzymał za długo.
Pierwsza nieodwracalna decyzja przyszła rano. Zamiast jechać prosto do pracy, poszłam z Figą do weterynarza na Bródnie. Stałam w kolejce z ludźmi, którzy trzymali koty w transporterach i psy na sznurkach od reklamówek. W poczekalni pachniało spirytusem i mokrą sierścią. Figa drżała, a ja trzymałam ją mocno za kark i czułam pod dłonią, jak bije jej serce. Weterynarz powiedział: zakażone rany, świerzb, trzeba leczyć, szczepić, odrobaczyć.
Zapłaciłam więcej, niż miałam odłożone na ratę za pralkę. Wróciłam do domu z rachunkiem i poczuciem winy. Marek spojrzał na mnie tak, jakby to była moja fanaberia. Stanisław tylko mruknął, że „Gabriela by tak nie zrobiła”. A ja, zamiast się tłumaczyć, powiedziałam spokojnie:
– To mój pies. Ja za nią odpowiadam.
To zdanie zmieniło coś w układzie sił. Nagle miałam w tym domu coś swojego, choćby miało to być źródło konfliktu.
Z Figą przyszła rutyna. Poranne wyjścia, nawet gdy padał lodowaty deszcz i chodnik błyszczał jak szkło. Wieczorne spacery, gdy mróz skrzypiał pod butami i z kominów unosił się zapach węgla. Na tych spacerach zaczęłam oddychać inaczej. W klatce schodowej czułam duszny zapach gotowanej kapusty od sąsiadów i stęchliznę piwnicy, ale na dworze było powietrze. Prawdziwe.
Figa nie była łatwa. Ciągnęła do gołębi, szczekała na mężczyzn w czapkach, a kiedy zostawała sama, potrafiła wyć. Administracja przysłała pismo. Sąsiadka z dołu przyszła z pretensją, że „tu nie schronisko”. Stanisław zaczął mówić, że przez psa będą kary. Marek wściekł się, bo wracał z pracy zmęczony, a tu kolejne problemy.
I wtedy Figa wpłynęła na moją relację z Markiem. Nie przez cud, tylko przez tarcie. Kłóciliśmy się o smycz, o karmę, o to, kto ma sprzątać. Ale w tych kłótniach zaczęły wychodzić rzeczy, o których wcześniej milczeliśmy: że ja czuję się w tym domu jak lokatorka, a nie żona. Że Marek boi się sprzeciwić ojcu. Że wszyscy próbujemy zastąpić Gabrielę, zamiast przeżyć żałobę.
Któregoś wieczoru, gdy Figa próbowała wcisnąć pysk między nasze kolana, Marek powiedział cicho:
– Nie wiem, co robię. Ja… ja nie umiem już wracać do domu.
A ja po raz pierwszy nie skupiłam się na tym, żeby go uspokoić. Pogłaskałam Figę po karku, czułam pod palcami szorstką sierść, i powiedziałam:
– Ja też nie umiem.
Druga nieodwracalna decyzja przyszła w styczniu. Dni były krótkie, na oknach zbierała się para, a w mieszkaniu było duszno od grzejnika, który grzał jak szalony. Zaczęłam budzić się z ciężarem w klatce piersiowej. W pracy robiłam błędy. Raz pomyliłam przelew i szefowa wezwała mnie do gabinetu. Wróciłam do domu i usiadłam w łazience na zimnych kafelkach. Płakałam bez dźwięku, żeby nikt nie usłyszał.
Figa podrapała drzwi. Wsadziła łeb do środka i położyła mi łapę na kolanie. Jej pazury były twarde, czułam je przez materiał spodni. Oddychała szybko, jakby się bała, że zniknę. Wzięłam ją na ręce, choć była już cięższa, i poczułam jej ciepło na brzuchu. To ciepło mnie zawstydziło. Bo pies potrafił być przy mnie, a ja nie potrafiłam być przy sobie.
Następnego dnia zadzwoniłam do przychodni i poprosiłam o wizytę u psychiatry na NFZ. Usłyszałam termin za kilka miesięcy. Wkurzyłam się. Ręce mi się trzęsły, gdy odkładałam słuchawkę. Ale nie odpuściłam. Znalazłam psychologa prywatnie, choć oznaczało to, że będę jeść tańsze rzeczy i odłożę zakup nowych butów. To była decyzja, której nie cofnę. Bo pierwszy raz wybrałam siebie, nawet jeśli bolało.
W terapii mówiłam o tym domu, o Gabrieli, o tym, że czuję się winna, bo żyję, a ona nie. Ale nie chciałam, żeby to była oś mojej historii. Oś była jedna: moje wypalenie i to, jak długo udawałam, że dam radę.
W marcu wydarzyło się to, od czego zaczęłam. Ten poranek, kiedy Figa zniknęła, a ja zobaczyłam krew na wycieraczce. Okazało się, że to nie jej krew, tylko z rozciętej dłoni sąsiada, który potknął się o rower w korytarzu. Ale wtedy tego nie wiedziałam. Biegłam po osiedlu w mokrych trampkach, czułam w ustach smak żelaza, jak przy zbyt szybkim oddechu. Wołałam ją, a głos łamał mi się na końcu.
Znalazłam ją przy ulicy, skuloną pod zaparkowanym autem. Jej oczy były szerokie, a całe ciało drżało. Kiedy wsunęłam rękę pod samochód, poczułam zimno błota na dłoni. Figa ugryzła mnie lekko, z paniki, i dopiero potem pozwoliła się wyciągnąć. Przycisnęłam ją do siebie tak mocno, że aż zapiszczała. Czułam jej szybkie serce i gorący oddech na mojej szyi. Pachniała kurzem, benzyną i strachem.
Wróciłam do mieszkania brudna, zapłakana, z rozciętą dłonią. Stanisław zaczął krzyczeć, że to „koniec”, że „wynocha z tym psem”, że „Gabriela nie chciała zwierząt”. Marek stał w drzwiach i milczał. I wtedy zrozumiałam, że jeśli teraz się cofnę, to już zawsze będę się cofać.
Trzecia nieodwracalna decyzja: wyprowadzka.
Nie była romantyczna. Nie było walizek w świetle zachodzącego słońca. Były ogłoszenia o wynajmie, ceny, które ścinały z nóg, i odmowy, bo „z psem nie”. Było liczenie każdej złotówki i kłótnie z Markiem o to, czy stać nas na kawalerkę w Ząbkach. Było pakowanie rzeczy w worki po śmieciach, bo kartony kosztują.
Marek na początku mówił, że przesadzam. Że ojciec „musi się przyzwyczaić”. Ja odpowiadałam, że ja już się przyzwyczajałam za długo. Figa chodziła za mną krok w krok, ocierała się o moje łydki, a jej pazury stukały o panele jak metronom. W końcu Marek usiadł na podłodze w przedpokoju i przytulił psa. Pierwszy raz zobaczyłam w nim nie syna Gabrieli, tylko człowieka, który też się boi.
Wyprowadziliśmy się w kwietniu. Małe mieszkanie, blok z wielkiej płyty, ale nasze. Na klatce pachniało farbą olejną i papierosami, a w środku było pusto i echo. Pierwszej nocy spałam na materacu. Figa weszła pod koc i ułożyła się przy moich żebrach. Jej ciepło było ciężkie, uspokajające. Słyszałam jej spokojniejszy oddech i zrozumiałam, że ja też oddycham wolniej.
Stanisław przez jakiś czas się nie odzywał. Marek jeździł do niego sam. Ja nie miałam siły na udawanie, że wszystko jest dobrze. Ale po dwóch miesiącach zadzwonił. Powiedział tylko: „Zostawiłem wam słoiki. Gabriela robiła ogórki. Może weźmiecie.”
Pojechaliśmy. Figa siedziała na tylnym siedzeniu, a ja trzymałam smycz w dłoni, jakby to była lina, która mnie trzyma przy ziemi. Stanisław otworzył drzwi i spojrzał na psa. Figa podeszła powoli i położyła pysk na jego kapciu. Stanisław najpierw się cofnął, a potem, jakby niechętnie, pogłaskał ją po głowie. To był krótki dotyk, sztywny, ale prawdziwy. Nie powiedzieliśmy sobie wielkich słów. Wzięliśmy słoiki i wyszliśmy. A ja wiedziałam, że to jest tyle, ile dziś umiemy.
Nie jestem bohaterką. Czasem mam dość Figy, jej błota na łapach i kosztów karmy. Czasem w nocy budzę się i myślę o Gabrieli, o tym, czy mnie by zaakceptowała. Ale kiedy wracam z pracy i słyszę, jak Figa sapie pod drzwiami, jak jej pazury skrobią o wycieraczkę, czuję, że jeszcze jestem. Że nie wypaliłam się do zera.
Gdyby nie ona, zostałabym tam, w cudzym mieszkaniu, w cudzych zasadach, aż sama bym zniknęła. A teraz pytam was: gdzie kończy się lojalność wobec rodziny, a zaczyna odpowiedzialność za własne życie? I czy miłość czasem nie wymaga tego, żeby kogoś rozczarować?