„Kochanie, jestem w Gdańsku, a dzieci są u mamy. Proszę, wybacz i zrozum!” – Wyznanie wyczerpanej matki
– Znowu nie zrobiłaś obiadu? – głos Pawła, mojego męża, przebił się przez ścianę zmęczenia, która otulała mnie od rana. Stałam przy zlewie, patrząc na stertę brudnych naczyń, a w głowie miałam tylko jedno: „Nie dam już rady”.
– Przepraszam, po prostu… nie zdążyłam – odpowiedziałam cicho, choć w środku aż kipiałam. Dzieci od rana kłóciły się o zabawki, najmłodszy, Michałek, miał gorączkę, a ja od tygodnia spałam po trzy godziny na dobę. Paweł wrócił z pracy, rzucił torbę w przedpokoju i usiadł przed telewizorem, jakby nic się nie stało.
– Ty tylko przepraszasz, a ja jestem głodny. W pracy też mam ciężko, ale jakoś daję radę! – rzucił, nie odrywając wzroku od ekranu.
Wtedy coś we mnie pękło. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu, ale nie pozwoliłam im spłynąć. Nie przy nim. Nie po raz kolejny.
Wieczorem, kiedy dzieci już spały, usiadłam na łóżku i zaczęłam pisać wiadomość do mamy: „Mamo, czy możesz jutro zabrać dzieci na kilka dni? Muszę odpocząć. Nie daję już rady”. Odpisała niemal natychmiast: „Przywieź ich rano. Wszystko będzie dobrze”.
Nie spałam tej nocy. Wpatrywałam się w sufit, słysząc w głowie słowa Pawła, jego pretensje, jego obojętność. Przypomniałam sobie, jak kiedyś byliśmy szczęśliwi. Jak cieszyliśmy się z narodzin pierwszego dziecka, jak trzymaliśmy się za ręce na spacerach. Teraz nie pamiętałam, kiedy ostatni raz mnie przytulił.
Rano spakowałam dzieci, podałam im śniadanie, a Paweł nawet nie zapytał, dokąd jedziemy. Był zajęty swoim telefonem. Michałek tulił się do mnie, a ja czułam, jak serce mi pęka. Ale musiałam to zrobić. Dla siebie. Dla nich.
Mama przyjęła nas z otwartymi ramionami. – Dzieci zostaną u mnie tyle, ile trzeba – powiedziała, patrząc mi głęboko w oczy. – A ty? Co zamierzasz?
– Muszę wyjechać. Choć na chwilę. Muszę się zastanowić, co dalej – odpowiedziałam, a głos mi się łamał.
Wsiadłam do pociągu do Gdańska. Patrzyłam przez okno na mijające pola, lasy, małe wioski. Czułam się, jakbym uciekała, ale jednocześnie jakbym po raz pierwszy od lat oddychała pełną piersią.
W hotelowym pokoju długo siedziałam na łóżku, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Cisza była ogłuszająca. Z jednej strony tęskniłam za dziećmi, z drugiej – czułam ulgę, że nikt mnie nie woła, nie płacze, nie krzyczy.
Wieczorem zadzwonił Paweł.
– Gdzie jesteś? – zapytał chłodno.
– W Gdańsku. Dzieci są u mamy. Muszę odpocząć. Nie mogę już tak żyć – powiedziałam, a łzy w końcu popłynęły po policzkach.
– Przesadzasz. Każdy ma ciężko. Myślisz, że mi jest łatwo? – odpowiedział, a ja poczułam, jakby ktoś wbił mi nóż w serce.
– Nie rozumiesz. Od lat jestem sama z tym wszystkim. Ty wracasz z pracy i masz święty spokój. Ja nie mam nawet chwili dla siebie. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam szczęśliwa – wyrzuciłam z siebie jednym tchem.
– To wracaj, pogadamy – rzucił i się rozłączył.
Zostałam sama z ciszą i własnymi myślami. Przypomniałam sobie, jak kiedyś marzyłam o rodzinie, o domu pełnym śmiechu. Teraz czułam się jak cień samej siebie.
Następnego dnia poszłam na spacer nad morze. Siedziałam na ławce, patrząc na fale i myślałam o tym, jak bardzo się zmieniłam. Kiedyś byłam pełna energii, miałam plany, marzenia. Teraz wszystko podporządkowałam rodzinie, dzieciom, Pawłowi. A on? Czy on kiedykolwiek mnie docenił? Czy zauważył, ile dla niego robię?
Wieczorem zadzwoniła mama.
– Dzieci pytają o ciebie. Michałek płakał, ale już zasnął. Odpocznij, kochanie. Jesteś dobrą matką, tylko musisz też zadbać o siebie – powiedziała cicho.
Poczułam, jak łzy znowu napływają mi do oczu. Czy naprawdę jestem dobrą matką, skoro uciekłam? Czy mam prawo do chwili wytchnienia?
Kolejne dni spędziłam na długich spacerach, rozmowach z samą sobą, próbach zrozumienia, gdzie popełniłam błąd. W hotelu poznałam Anię, kobietę w podobnej sytuacji. Rozmawiałyśmy godzinami o tym, jak trudno być matką, żoną, kobietą w Polsce.
– Wszyscy oczekują, że będziemy silne, wytrzymałe, zawsze uśmiechnięte. A kto nas wspiera? – zapytała Ania, a ja poczułam, że rozumie mnie jak nikt inny.
Po tygodniu wróciłam do domu. Paweł czekał w kuchni.
– I co, odpoczęłaś? – zapytał z ironią.
– Tak. I wiem jedno: nie chcę już tak żyć. Albo coś się zmieni, albo… – nie dokończyłam, bo głos mi się załamał.
– Przesadzasz. Każda kobieta tak ma – odpowiedział, wzruszając ramionami.
– Nie każda. Ja nie chcę być tylko służącą. Chcę być partnerką, żoną, matką, ale też sobą – powiedziałam stanowczo.
Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta. Paweł próbował udawać, że nic się nie stało, ale ja już nie byłam tą samą osobą. Zaczęłam wychodzić na spacery sama, zapisałam się na jogę, poprosiłam go o pomoc przy dzieciach.
– Nie będę niańką – burknął, ale widział, że nie ustąpię.
Mama wspierała mnie, jak mogła. – Musisz walczyć o siebie. Dzieci potrzebują szczęśliwej mamy, nie męczennicy – powtarzała.
Z czasem Paweł zaczął się zmieniać. Może zrozumiał, że naprawdę mogę odejść. Zaczął pomagać, częściej rozmawialiśmy. Nie było łatwo, ale powoli odzyskiwałam siebie.
Dziś wiem, że każda z nas ma prawo do chwili słabości, do odpoczynku, do bycia sobą. Nie jesteśmy robotami. Jesteśmy ludźmi, kobietami, matkami.
Czasem patrzę na Pawła i zastanawiam się, czy naprawdę mnie docenia. Czy widzi, ile dla niego i dzieci robię? Czy ja sama potrafię siebie docenić?
A Wy? Gdzie jest granica poświęcenia? Czy trzeba uciec, żeby być zauważoną?