Cztery mieszkania Bożeny – jak moja siostra zamieniła rodzinę na pieniądze

– Nie rozumiesz, Anka? To jest moje prawo! – Bożena stała w progu kuchni, zaciśnięte pięści wbijały się w blat stołu. Mama siedziała skulona przy oknie, jej dłonie drżały, a ja czułam, jak serce wali mi w piersi.

– Masz już cztery mieszkania! – wykrzyknęłam, nie mogąc powstrzymać łez. – Po co ci jeszcze nasz dom?

Bożena wzruszyła ramionami, jej twarz była zimna jak lód. – To nie twoja sprawa. Tata zapisał połowę na mnie. Mam prawo żądać swojej części.

Od tej rozmowy minęły dwa lata, a ja wciąż budzę się w nocy z uczuciem duszności. Wtedy jeszcze wierzyłam, że rodzina to coś więcej niż akty notarialne i wyciągi z ksiąg wieczystych. Myliłam się.

Wszystko zaczęło się po śmierci taty. Był czerwiec, upalny dzień, a ja z mamą podlewałyśmy ogród. Bożena przyjechała swoim nowym SUV-em, wysiadła w szpilkach na żwir i nawet nie spojrzała na grządki, które tata tak kochał. Weszła do domu jak do biura – pewna siebie, z teczką pod pachą.

– Musimy porozmawiać o spadku – powiedziała bez cienia żalu.

Mama spojrzała na mnie bezradnie. Wiedziałyśmy, że tata zostawił testament, ale ufałyśmy, że Bożena nie będzie chciała dzielić domu. Przecież miała już tyle – mieszkanie po babci na Mokotowie, kawalerkę na wynajem w Ursusie, apartament w Wilanowie i jeszcze jedno w Gdańsku. Zawsze była tą „zaradną”, która wiedziała, jak się ustawić.

Ale Bożena miała inne plany. Chciała sprzedać dom i podzielić pieniądze. Dla niej to była tylko kolejna inwestycja.

– Przecież możecie się wyprowadzić do bloku – rzuciła kiedyś podczas jednej z kłótni. – Sprzedamy dom, kupicie sobie coś mniejszego.

Mama rozpłakała się wtedy po raz pierwszy od pogrzebu taty. Ja poczułam wściekłość i bezsilność. Próbowałam rozmawiać z Bożeną, tłumaczyć jej, że ten dom to nie tylko cegły i dach – to nasze życie, wspomnienia, ogród pełen róż posadzonych przez tatę.

Ale Bożena była nieugięta. Zaczęły się pisma od prawników, wezwania do sądu. Każde kolejne pismo wbijało we mnie kolejną szpilę. Mama chudła z dnia na dzień, przestała wychodzić do ludzi. Ja rzuciłam pracę na pół etatu, żeby być przy niej.

W sądzie Bożena siedziała wyprostowana, elegancka, z perfekcyjnym makijażem. Ja trzęsłam się ze stresu, mama płakała cicho do chusteczki. Sędzia był uprzejmy, ale bezlitosny – prawo jest prawem.

– Proszę państwa – powiedział na koniec jednej z rozpraw – jeśli nie dojdziecie do porozumienia, dom zostanie sprzedany w drodze licytacji komorniczej.

Wyszłyśmy z sali sądowej jak zbite psy. Mama szlochała: – Jak ona może nam to robić? Przecież to jej własna matka…

Nie miałam odpowiedzi. W nocy słyszałam mamę modlącą się o cud. Ja modliłam się o siłę.

Próbowałam rozmawiać z Bożeną jeszcze raz. Spotkałyśmy się w kawiarni na Nowym Świecie. Ona zamówiła latte sojowe i patrzyła na mnie z góry.

– Bożena… – zaczęłam cicho. – Proszę cię, zostaw nam ten dom. Tata by tego nie chciał.

– Tata był naiwny – przerwała mi ostro. – Ty też jesteś naiwna. Świat należy do tych, którzy potrafią walczyć o swoje.

– Ale to rodzina…

– Rodzina? – zaśmiała się gorzko. – Rodzina nie płaci rachunków.

Wyszłam stamtąd z poczuciem klęski.

Zaczęły się telefony od komornika. Wizyty rzeczoznawcy. Ludzie chodzili po naszym domu jak po muzeum: zaglądali do szafek, oceniali łazienki, śmiali się z naszych starych mebli.

Mama przestała jeść. Ja zaczęłam mieć ataki paniki. W końcu znalazłam prawnika z fundacji pomagającej kobietom w trudnej sytuacji. Walczyliśmy o zachowek, o prawo do zamieszkania, o każdą najmniejszą szansę na zatrzymanie domu.

Bożena nie odpuszczała. Dzwoniła do mnie tylko po to, żeby przypomnieć mi o terminach rozprawy albo wysyłać zdjęcia nowych mieszkań: „Zobacz, jakie widoki mam z tarasu!”

W końcu przyszło pismo: dom zostaje wystawiony na licytację komorniczą. Mama dostała ataku serca tego samego dnia.

Siedziałam przy jej łóżku w szpitalu i trzymałam ją za rękę. Patrzyłam na jej wychudzoną twarz i czułam tylko pustkę.

Bożena nie przyszła do szpitala ani razu.

Dom sprzedano za bezcen. Nowi właściciele kazali nam się wyprowadzić w ciągu dwóch tygodni. Spakowałyśmy nasze życie do kartonów i wynajęłyśmy małe mieszkanie na obrzeżach miasta.

Mama nigdy już nie wróciła do zdrowia. Ja nauczyłam się żyć z żalem i gniewem.

Czasem mijam Bożenę na ulicy – zawsze elegancka, uśmiechnięta, otoczona nowymi znajomymi. Udaje, że mnie nie widzi.

Zastanawiam się wtedy: czy naprawdę warto było poświęcić rodzinę dla kilku mieszkań więcej? Czy pieniądze mogą zastąpić wspomnienia i miłość?

Może ktoś z was zna odpowiedź? A może sami kiedyś stanęliście przed takim wyborem?