Cena rezygnacji: Historia Marty Wysockiej

– Nie rozumiesz, Piotr! – krzyknęłam, czując jak łzy napływają mi do oczu. – Ja już nie mam siły! Od miesięcy czuję się jak cień samej siebie!

Piotr stał w kuchni, oparty o blat, z tym swoim chłodnym spojrzeniem, które kiedyś tak mnie fascynowało, a dziś tylko bolało. Dzieci spały na górze. W domu panowała cisza, którą przerywał tylko mój roztrzęsiony głos.

– Marta, przesadzasz. Każdy ma czasem gorszy dzień – odpowiedział z obojętnością, która wbijała się we mnie jak nóż.

Nie przesadzałam. Od miesięcy czułam się niewidzialna. Kiedyś byłam Martą Wysocką – energiczną dziewczyną z marzeniami o własnej kawiarni, z pasją do fotografii i głową pełną pomysłów. Teraz byłam tylko żoną Piotra i matką dwójki dzieci. Każdy dzień wyglądał tak samo: śniadanie, przedszkole, zakupy, sprzątanie, obiad, pranie, bajki na dobranoc. Piotr wracał późno z pracy i nawet nie pytał, jak minął mi dzień.

Wszystko zaczęło się zmieniać po narodzinach drugiego dziecka. Miałam wrażenie, że świat się ode mnie odwrócił. Przyjaciele przestali dzwonić – „bo pewnie jesteś zajęta dziećmi”. Rodzina oczekiwała, że będę perfekcyjną matką i żoną. A Piotr? On po prostu znikał w pracy.

Pewnego wieczoru znalazłam w jego telefonie wiadomości do kobiety o imieniu Karolina. „Tęsknię za tobą”, „Nie mogę się doczekać naszego spotkania” – czytałam z niedowierzaniem. Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam oddychać. Wszystko we mnie pękło.

Kiedy skonfrontowałam go z prawdą, patrzył na mnie bez emocji.

– To nic nie znaczyło – powiedział cicho. – Byłem zmęczony tym wszystkim…

Tym wszystkim? Czyli mną? Naszym życiem? Naszymi dziećmi?

Przez kolejne dni chodziłam jak w transie. Nie mogłam spać, nie mogłam jeść. Patrzyłam na siebie w lustrze i widziałam obcą kobietę – zmęczoną, zaniedbaną, zgaszoną. Gdzie podziała się tamta Marta?

Zaczęłam pisać pamiętnik. Każdego wieczoru zapisywałam swoje myśli, próbując zrozumieć, gdzie popełniłam błąd. Czy to moja wina? Może za bardzo się poświęciłam? Może powinnam była walczyć o siebie?

Pewnego dnia odwiedziła mnie moja dawna przyjaciółka, Kasia. Przyniosła ciasto i butelkę wina.

– Marta, co się z tobą dzieje? – zapytała bez ogródek.

Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się jak dziecko.

– Kasia… ja już nie wiem, kim jestem – wyszeptałam.

Przytuliła mnie mocno.

– Musisz pomyśleć o sobie. O tym, czego ty chcesz. Masz prawo być szczęśliwa.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Zaczęłam wychodzić na spacery sama. Siadałam na ławce w parku i patrzyłam na ludzi – zakochane pary, matki z dziećmi, starszych panów karmiących gołębie. Zazdrościłam im spokoju i poczucia sensu.

W końcu zebrałam się na odwagę i zapisałam na kurs fotografii – pierwszy raz od lat zrobiłam coś tylko dla siebie. Poczułam dreszcz ekscytacji i… strachu. Bałam się reakcji Piotra.

– Po co ci to? – spytał z irytacją, kiedy powiedziałam mu o kursie.

– Bo chcę coś zrobić dla siebie – odpowiedziałam spokojnie.

Przez chwilę patrzył na mnie tak, jakby widział mnie pierwszy raz od lat.

Z czasem zaczęliśmy coraz częściej się kłócić. O wszystko: o dzieci, o pieniądze, o moje „fanaberie”. Czułam się coraz bardziej samotna we własnym domu.

Któregoś wieczoru usiadłam przy stole z kartką papieru i długopisem. Napisałam list do Piotra:

„Nie wiem już, czy potrafię być tą samą Martą co kiedyś. Próbowałam wszystkiego – dla ciebie, dla dzieci, dla naszej rodziny. Ale jeśli mam dalej żyć tylko dla innych, to chyba już nie potrafię żyć wcale. Muszę odnaleźć siebie na nowo.”

Rano zostawiłam list na stole i wyszłam z domu. Pojechałam do mamy na wieś pod Łodzią. Tam przez kilka tygodni uczyłam się oddychać na nowo – bez presji, bez oczekiwań innych.

Mama patrzyła na mnie ze smutkiem i troską.

– Martuś… życie jest krótkie. Nie pozwól nikomu odebrać sobie szczęścia.

Zaczęłam powoli wracać do siebie. Robiłam zdjęcia okolicznym krajobrazom, pomagałam mamie w ogrodzie, czytałam książki do późna w nocy. Po raz pierwszy od lat czułam spokój.

Piotr dzwonił codziennie. Najpierw był zły, potem błagał o powrót.

– Dzieci tęsknią za tobą… Ja też tęsknię…

Ale ja wiedziałam już jedno: nie mogę wrócić do życia, które mnie niszczyło.

Po kilku miesiącach wynajęłam małe mieszkanie w Łodzi i zaczęłam pracować jako fotografka ślubna. Dzieci widywały mnie co drugi weekend – było nam trudno, ale wiedziałam, że muszę być silna dla nich i dla siebie.

Czasem budzę się w nocy i pytam samą siebie: czy dobrze zrobiłam? Czy egoizm jest grzechem matki?

Ale potem patrzę na swoje zdjęcia – pełne światła i życia – i czuję dumę.

Może czasem trzeba wszystko stracić, żeby odnaleźć siebie na nowo? Czy można być dobrą matką i jednocześnie nie rezygnować z własnych marzeń? Co wy o tym myślicie?