„Po śmierci teściowej dowiedziałam się, co naprawdę o mnie myślała” – trzy dekady życia w cieniu jednej kobiety

– Znowu nie tak, Aniu. Zobacz, jak się kroi cebulę! – głos pani Haliny, mojej teściowej, rozbrzmiewał w kuchni jak dzwon alarmowy. Miałam wtedy dwadzieścia cztery lata i byłam świeżo po ślubie z Markiem. Stałam przy blacie, z nożem w ręku, a łzy – nie tylko od cebuli – spływały mi po policzkach.

– Przepraszam, postaram się lepiej – wyszeptałam, choć wiedziałam, że to nie wystarczy. Nigdy nie wystarczało.

Od początku wiedziałam, że nie jestem tą, którą pani Halina wyobrażała sobie dla swojego jedynego syna. Marek był jej oczkiem w głowie, a ja – dziewczyną z małego miasta, bez nazwiska, bez tradycji, bez „tego czegoś”. Ona chciała dla niego kogoś „lepszego”, kogoś z Warszawy, z rodziny lekarzy albo prawników. A ja? Studiowałam polonistykę, miałam marzenia o pisaniu i cichą nadzieję na szczęście.

Pierwsze lata naszego małżeństwa to były niekończące się próby udowodnienia, że zasługuję na miejsce przy stole. Każde święta u teściów to egzamin: czy barszcz nie za kwaśny, czy dzieci odpowiednio ubrane, czy nie powiedziałam czegoś „nie na miejscu”. Marek zawsze powtarzał: „Nie przejmuj się mamą, ona już taka jest”. Ale jak się nie przejmować, kiedy każde spojrzenie, każdy gest mówił: „Nie jesteś wystarczająca”?

Najgorsze były te ciche rozmowy w kuchni. Pani Halina potrafiła jednym zdaniem podciąć mi skrzydła:

– Wiesz, Aniu, Marta – ta córka Kowalskich – właśnie skończyła medycynę. Taka zdolna dziewczyna…

Albo:

– Marek zawsze lubił porządek. U was w domu… no cóż…

Przez trzydzieści lat żyłam w cieniu tej kobiety. Urodziłam dwójkę dzieci, prowadziłam dom, pracowałam na pół etatu w bibliotece. Każda decyzja – nawet ta najdrobniejsza – była poddawana ocenie. Nawet kiedy dzieci dorosły i wyprowadziły się z domu, pani Halina dzwoniła codziennie do Marka:

– Mareczku, czy Ania zrobiła ci dziś obiad? Czy masz wyprasowaną koszulę?

Czułam się przezroczysta. Dla niej byłam tylko „żoną Marka”, nigdy Anią. Nigdy sobą.

Kiedy zachorowała na raka, opiekowałam się nią przez ostatnie miesiące jej życia. To ja robiłam zakupy, gotowałam zupy, zmieniałam pościel. Marek pracował do późna – ktoś musiał być przy niej. Myślałam wtedy: może teraz mnie zobaczy? Może doceni?

Ale nawet wtedy potrafiła powiedzieć:

– Dziękuję ci… ale gdyby moja siostra żyła, ona wiedziałaby lepiej, jak mi pomóc.

Po jej śmierci dom zamarł. Marek zamknął się w sobie. Dzieci przyjechały na pogrzeb i szybko wróciły do swoich spraw. Zostałam sama z pustką i żalem.

Kilka dni po pogrzebie znalazłam w szufladzie jej biurka zeszyt – stary, oprawiony w skórę notes. Z wahaniem zaczęłam czytać. To był pamiętnik.

„Nie wiem, czy kiedykolwiek zaakceptuję Anię jako żonę Marka. Jest inna niż sobie wyobrażałam. Ale widzę, jak bardzo się stara. Widzę jej łzy w kuchni i słyszę ciche westchnienia wieczorem. Może to ja jestem zbyt surowa? Może boję się stracić syna?”

Czytałam dalej:

„Dziś Ania przyniosła mi rosół. Smakował jak u mojej mamy. Nie powiedziałam jej tego – nie chciałam dawać jej satysfakcji… Ale poczułam ciepło w sercu.”

Z każdą kolejną stroną odkrywałam kobietę zagubioną, pełną lęku przed samotnością i utratą kontroli nad życiem syna. Jej chłód był tarczą przed światem.

Zamknęłam zeszyt ze łzami w oczach. Przez trzydzieści lat walczyłam o jej akceptację, nie wiedząc, że ona sama walczyła ze swoimi demonami.

Wieczorem usiadłam z Markiem przy stole.

– Marek… Czy twoja mama kiedykolwiek mówiła ci coś dobrego o mnie?

Spojrzał na mnie zaskoczony:

– Wiesz… czasem mówiła, że masz dobre serce. Ale rzadko… Ona nie umiała okazywać uczuć.

Patrzyliśmy na siebie długo w milczeniu.

Dziś wiem jedno: nie każdy potrafi kochać tak samo. Ale to nie znaczy, że moje starania były mniej ważne. Przez lata próbowałam być idealną synową – a może powinnam była po prostu być sobą?

Czy naprawdę musimy całe życie walczyć o cudzą akceptację? A może wystarczy zaakceptować siebie i pozwolić innym być niedoskonałymi?