Zostałam sama z długami – historia o zaufaniu, zdradzie i sile przetrwania

– I co teraz zrobisz, Anka? – zapytał mnie ojciec, patrząc na mnie z troską, ale i z cieniem zawodu w oczach. Stałam w kuchni, opierając się o blat, z dokumentami rozrzuconymi na stole. Listy z banku, wezwania do zapłaty, umowy kredytowe, które podpisywałam razem z Markiem. Wtedy wierzyłam, że to nasza wspólna przyszłość, nasza szansa. Teraz to była tylko moja klęska.

Pamiętam, jak zaczynaliśmy. Marek miał wielkie plany, ja – świeżo po studiach ekonomicznych – miałam wiedzę i energię. Mogłam iść do korporacji, dostać stabilną pracę, ale on przekonał mnie, że razem stworzymy coś wyjątkowego. „Anka, kto jak nie my?” – powtarzał. Wierzyłam mu. Wierzyłam w nas. Pracowałam po nocach, prowadziłam księgowość, pisałam oferty, rozmawiałam z klientami. Bez umowy, bez wynagrodzenia, bo przecież wszystko było nasze, wspólne. Nawet nie zauważyłam, kiedy przestałam być partnerką, a stałam się tylko tłem dla jego sukcesów.

Pierwsze lata były trudne, ale byliśmy razem. Gdy firma zaczęła przynosić zyski, Marek coraz częściej znikał. Najpierw tłumaczył się spotkaniami biznesowymi, potem wyjazdami służbowymi. Zaczęłam czuć, że coś jest nie tak, ale nie chciałam wierzyć w najgorsze. „Przecież mnie kocha, przecież to wszystko dla nas” – powtarzałam sobie.

Aż pewnego dnia wróciłam do domu i zastałam pustą szafę. Jego rzeczy zniknęły. Na stole leżał tylko krótki list: „Anka, przepraszam. Nie potrafię już tak żyć. Muszę odejść. Firma jest twoja. Marek”. Firma? Jaka firma? Przecież wszystko było na niego. Wszystkie umowy, wszystkie kredyty, nawet samochód, którym jeździłam, był na jego nazwisko. Zostałam z niczym. Z długami, które zaciągaliśmy razem, ale które – jak się okazało – formalnie należały do mnie, bo Marek zadbał, żebym to ja podpisywała większość dokumentów jako poręczycielka.

Przez pierwsze dni nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Szukałam go, dzwoniłam, pisałam. Nie odbierał. Jego rodzina rozkładała ręce – „Nie wiemy, gdzie jest, Aniu, naprawdę”. Moi rodzice byli wściekli. „Mówiliśmy ci, żebyś się zabezpieczyła!” – krzyczała mama. Ale jak miałam się zabezpieczyć przed własnym mężem? Przed człowiekiem, któremu ufałam bezgranicznie?

Zaczęły się telefony z banku. „Pani Anno, kiedy spłata raty?”. „Pani Anno, zaległość wynosi już pięć tysięcy”. Nie spałam po nocach. Próbowałam ratować, co się da. Szukałam pracy, ale nikt nie chciał zatrudnić kobiety z długami i bez doświadczenia zawodowego – bo przecież przez ostatnie dziesięć lat byłam tylko „żoną przedsiębiorcy”. Nawet nie miałam własnego konta w banku, wszystko było wspólne, a teraz – nie było niczego.

Najgorsze były rozmowy z ludźmi. Znajomi odwrócili się ode mnie. „Pewnie coś przeskrobałaś, skoro Marek odszedł” – słyszałam za plecami. Tylko Magda, moja przyjaciółka z liceum, trzymała się mnie. „Anka, musisz się pozbierać. On nie był ciebie wart. Ale ty jesteś silna, dasz radę” – powtarzała. Czasem chciałam jej wierzyć, ale częściej czułam się jak wrak człowieka.

Któregoś dnia, gdy siedziałam na podłodze w salonie, otoczona stertą papierów, zadzwonił telefon. To był adwokat. „Pani Anno, reprezentuję bank. Jeśli nie ureguluje pani zadłużenia, sprawa trafi do sądu”. Wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że nie mogę już dłużej czekać na cud. Muszę działać. Zaczęłam szukać pomocy. Trafiłam do fundacji wspierającej kobiety w trudnej sytuacji. Tam poznałam inne kobiety, które przeszły przez podobne piekło. Poczułam, że nie jestem sama.

Zaczęłam walczyć. Krok po kroku. Sprzedałam wszystko, co mogłam – biżuterię po babci, stare książki, nawet telewizor. Znalazłam pracę w małej księgowości. Nie było łatwo – musiałam się uczyć wszystkiego od nowa, bo świat się zmienił przez te lata. Ale szefowa, pani Teresa, dała mi szansę. „Widać, że pani się nie poddaje. Takich ludzi potrzebuję” – powiedziała na rozmowie.

Wieczorami płakałam z bezsilności, ale rano wstawałam i szłam dalej. Długi spłacałam powoli, rata po racie. Czasem miałam wrażenie, że nigdy się z tego nie wygrzebię. Ale z każdym miesiącem było trochę lżej. Zaczęłam znów wierzyć w siebie. Zrozumiałam, że nie jestem tylko żoną Marka. Jestem Anka. Kobieta, która przetrwała zdradę, upokorzenie i samotność.

Dziś, po trzech latach, jeszcze nie wyszłam na prostą. Ale już się nie boję. Nauczyłam się ufać sobie, nie innym. Czasem zastanawiam się, czy mogłam coś zrobić inaczej. Czy powinnam była słuchać rodziców, podpisać intercyzę, zadbać o własne interesy? Może. Ale wtedy nie byłabym sobą. Wierzę, że dobro wraca. Może nie od razu, ale wraca.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy warto było tak ufać? Czy można jeszcze kiedyś zaufać komuś bezgranicznie? Może wy też mieliście podobne doświadczenia? Jak sobie z tym poradziliście?