Zaginiona młodość: List do samej siebie z przeszłości

Znowu nie mogłam zasnąć. Leżałam na kanapie w moim małym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie, wsłuchując się w ciszę przerywaną tylko odgłosami tramwajów za oknem. Czterdzieste urodziny minęły kilka miesięcy temu, a ja wciąż nie potrafię pogodzić się z tym, jak wygląda moje życie. W głowie wciąż słyszę głos mamy: „Kiedyś będziesz żałować, Marto. Czasu nie da się cofnąć.” Wtedy przewracałam oczami i śmiałam się z jej staromodnych rad. Dziś wiem, że miała rację.

Piszę ten list nie po to, by ktoś mi współczuł. Chcę po prostu wyrzucić z siebie wszystko, co mnie wewnętrznie dusi. Może ktoś to przeczyta i uniknie moich błędów. Może jakaś młoda dziewczyna, która właśnie zakochała się w pięknych słowach żonatego mężczyzny, zatrzyma się na chwilę i pomyśli.

Miałam dwadzieścia cztery lata, kiedy poznałam Pawła. Pracowałam wtedy jako recepcjonistka w dużej kancelarii prawniczej. Był starszy ode mnie o piętnaście lat, elegancki, pewny siebie, z tym uśmiechem, który sprawiał, że czułam się wyjątkowa. Zawsze wiedział, co powiedzieć. „Jesteś taka inna niż wszystkie,” powtarzał mi szeptem podczas naszych spotkań po pracy. Wiedziałam, że ma żonę i dwójkę dzieci. Ale on przekonywał mnie, że ich małżeństwo to tylko formalność, że już dawno nic ich nie łączy.

„Marto, poczekaj jeszcze trochę. Muszę wszystko uporządkować,” mówił pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy razem w jego samochodzie pod moim blokiem. „Nie chcę ranić dzieci. Rozumiesz?”

Rozumiałam. A przynajmniej tak mi się wydawało. Czekałam więc – miesiąc, pół roku, dwa lata… Każdy dzień bez niego był jak wieczność. Każdy telefon od niego wywoływał we mnie euforię. Każda wiadomość dawała nadzieję. „Jeszcze tylko trochę…” – powtarzałam sobie.

Moi znajomi powoli zaczęli się ode mnie odsuwać. Nie rozumieli mojego wyboru. „Marta, on nigdy nie odejdzie od żony,” mówiła mi Anka, moja najlepsza przyjaciółka ze studiów. „Zasługujesz na coś więcej.” Ale ja byłam głucha na jej słowa.

Minęło pięć lat. Paweł dalej był z żoną. Ja dalej czekałam. Zaczęłam unikać rodzinnych spotkań – nie chciałam słuchać pytań o ślub, dzieci, plany na przyszłość. W pracy awansowałam na asystentkę zarządu, ale nawet sukcesy zawodowe nie dawały mi satysfakcji. Wszystko wydawało się puste bez niego.

W końcu Paweł przestał dzwonić tak często. Zaczął się tłumaczyć nadmiarem pracy, problemami w domu. Coraz częściej czułam się jak jego sekretarka niż kochanka czy partnerka. Pewnego dnia napisał mi krótkiego SMS-a: „Musimy przestać się spotykać. To dla dobra wszystkich.” Pamiętam, jak długo patrzyłam na ekran telefonu, zanim dotarło do mnie, co się stało.

Miałam wtedy trzydzieści dwa lata. Przez kolejne miesiące żyłam jak automat – praca, dom, sen. Nie miałam siły na nowe znajomości ani na odbudowanie relacji z przyjaciółmi. Czułam się upokorzona i wykorzystana.

Po roku poznałam Michała – był rozwiedziony, miał córkę z poprzedniego małżeństwa. Był dobry i czuły, ale ja byłam już inna. Nie potrafiłam mu zaufać ani otworzyć serca. Każda próba bliskości kończyła się moim wycofaniem i lękiem przed kolejnym rozczarowaniem.

Moja mama zachorowała na raka. Spędzałam z nią coraz więcej czasu w szpitalu. Widziałam jej smutne spojrzenie, gdy patrzyła na mnie i szeptała: „Nie chcę umierać z myślą, że zostaniesz sama.” Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego.

Po jej śmierci zostałam zupełnie sama. Ojciec odszedł od nas dawno temu, a brat wyjechał do Anglii i rzadko się odzywał. Mieszkanie stało się jeszcze bardziej puste i zimne.

Czasem patrzę na swoje odbicie w lustrze i zastanawiam się: gdzie podziała się ta dziewczyna pełna marzeń i nadziei? Czy naprawdę wszystko musiało się tak potoczyć? Czy gdybym wtedy posłuchała mamy albo Anki, byłoby inaczej?

Nie mam dzieci ani rodziny. Moje serce jest w gruzach – nie dlatego, że ktoś je złamał raz czy dwa, ale dlatego, że sama pozwoliłam mu krwawić przez lata złudzeń i czekania na coś niemożliwego.

Piszę ten list do wszystkich dziewczyn, które wierzą w piękne słowa żonatych mężczyzn. Nie dajcie sobie wmówić, że jesteście wyjątkowe tylko dlatego, że ktoś was ukrywa przed światem. Nie pozwólcie sobie odebrać najlepszych lat życia na czekanie na kogoś, kto nigdy nie będzie wasz naprawdę.

Czasami myślę: czy jeszcze mogę coś zmienić? Czy jest dla mnie jakaś szansa na szczęście? A może już za późno?

Może ktoś z was zna odpowiedź.