Rok ciszy i jedno „przepraszam” – historia zniknięcia Pawła
– Marta, proszę, musisz mnie wysłuchać. – Te słowa usłyszałam dokładnie rok po tym, jak Paweł zniknął z mojego życia. Stał w progu naszego mieszkania, którego klucz zostawił na kuchennym stole tamtego poniedziałkowego poranka. Przez chwilę nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę on. Wyglądał inaczej – starszy, zmęczony, z zarostem, którego nigdy wcześniej nie nosił. W oczach miał coś, czego nie potrafiłam odczytać – może wstyd, może strach, a może po prostu pustkę.
Pamiętam tamten poniedziałek jak przez mgłę. Wstał wcześniej niż zwykle, spakował torbę, zjadł śniadanie w milczeniu. – Zadzwonię, jak dojadę – powiedział, całując mnie w czoło. To było ostatnie zdanie, jakie od niego usłyszałam przez następny rok. Przez pierwsze godziny nie martwiłam się – przecież zawsze był trochę roztrzepany, mógł zapomnieć zadzwonić. Ale kiedy minął dzień, potem dwa, a telefon milczał, zaczęłam się bać. Dzwoniłam co godzinę, pisałam wiadomości, sprawdzałam media społecznościowe. Nic. Jakby ktoś wymazał go gumką z mojego życia.
Przez pierwsze tygodnie budziłam się w nocy, sprawdzając telefon, mając nadzieję, że może napisał, może zadzwonił. Rodzina pytała, sąsiedzi szeptali za plecami. – Może miał wypadek? Może ktoś go napadł? – słyszałam od matki, która codziennie przychodziła, żeby sprawdzić, czy nie mam żadnych wieści. Zgłosiłam zaginięcie na policję, ale usłyszałam tylko: – Dorosły człowiek, mógł wyjechać z własnej woli. Nie ma podstaw do wszczęcia poszukiwań. – Czułam się bezradna, jakbym krzyczała w pustkę.
Z czasem nauczyłam się żyć z tą niepewnością. Przestałam dzwonić, przestałam płakać. Zaczęłam chodzić do pracy, spotykać się z przyjaciółkami, udawać, że wszystko jest w porządku. Ale w środku byłam pusta. Każdy dźwięk telefonu sprawiał, że serce podskakiwało mi do gardła. Każdy mężczyzna na ulicy, który choć trochę przypominał Pawła, sprawiał, że na chwilę zamierałam. Najgorsze były święta. Siedziałam przy stole z rodziną, patrząc na puste miejsce, które zawsze zajmował. – Może wróci na Wigilię – powtarzała babcia, jakby to miało cokolwiek zmienić.
Rok minął, a ja powoli zaczęłam godzić się z myślą, że już nigdy go nie zobaczę. Zaczęłam nawet myśleć o rozwodzie, o nowym życiu. I wtedy, dokładnie rok po jego zniknięciu, usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam go – zmienionego, obcego, a jednak wciąż mojego męża. – Przepraszam, ale musisz mnie wysłuchać – powiedział cicho, jakby bał się, że zaraz zamknę mu drzwi przed nosem.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Chciałam na niego krzyczeć, uderzyć go, wyrzucić z domu. Ale zamiast tego wpuściłam go do środka i usiadłam naprzeciwko, czekając na wyjaśnienia. Przez chwilę panowała cisza, którą przerywał tylko tykanie zegara na ścianie. – Marta, ja… ja nie wiem, od czego zacząć – zaczął niepewnie. – Wyjechałem do Niemiec, jak planowałem. Przez pierwsze dni wszystko było w porządku. Praca, nowi ludzie, nowe miejsce. Ale potem… coś się we mnie złamało. Zacząłem mieć ataki paniki, nie mogłem spać, nie mogłem jeść. Bałem się zadzwonić, bałem się, że cię zawiodłem. – Mówił szybko, jakby chciał wyrzucić z siebie wszystko naraz.
– Dlaczego nie zadzwoniłeś? Dlaczego nie napisałeś choćby jednego słowa? – zapytałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Bo się wstydziłem. Bo nie chciałem, żebyś widziała mnie takim słabym. Próbowałem wrócić, ale nie miałem odwagi. Znalazłem pracę w innym mieście, wynająłem pokój, żyłem z dnia na dzień. Myślałem, że jak zniknę, to będzie ci łatwiej. – Jego głos załamał się na ostatnim słowie.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Z jednej strony czułam ulgę, że żyje, że wrócił. Z drugiej – gniew, żal, rozczarowanie. – A ja przez rok żyłam w piekle, nie wiedząc, czy jesteś martwy, czy żywy. Czy wiesz, jak to jest budzić się co noc z myślą, że może już nigdy cię nie zobaczę? – wykrzyczałam, nie mogąc powstrzymać łez. Paweł spuścił głowę, nie patrząc mi w oczy. – Wiem, zawiodłem cię. Nie proszę o wybaczenie, tylko o szansę, żeby ci wszystko wyjaśnić.
Przez kolejne godziny opowiadał mi o tym, jak ciężko było mu za granicą. O samotności, o lęku, o tym, jak czuł się niepotrzebny i bezwartościowy. O tym, jak próbował zacząć nowe życie, ale nie potrafił zapomnieć o mnie, o naszym domu, o wspólnych chwilach. – Każdego dnia myślałem o tym, żeby wrócić, ale bałem się twojej reakcji. Bałem się, że już mnie nie chcesz, że nie będziesz w stanie mi wybaczyć – mówił, a ja widziałam, jak bardzo cierpi.
Nie wiem, czy potrafię mu wybaczyć. Nie wiem, czy potrafię zapomnieć o tym roku samotności, o wszystkich łzach, o nieprzespanych nocach. Ale wiem jedno – nie chcę już żyć w niepewności. Chcę zrozumieć, dlaczego tak się stało, chcę spróbować odbudować to, co zostało zniszczone. Może to naiwność, może głupota, ale wciąż go kocham. I choć nie wiem, co przyniesie przyszłość, wiem, że muszę spróbować.
Czasem zastanawiam się, czy można naprawdę wybaczyć taką zdradę. Czy można odbudować zaufanie, które zostało zniszczone w jednej chwili? A może są rzeczy, których nigdy nie da się naprawić? Może wy też mieliście w życiu momenty, kiedy musieliście wybierać między sercem a rozumem? Co byście zrobili na moim miejscu?