Odkryłam, kim naprawdę był mój mąż. Ta prawda zniszczyła wszystko, co znałam.
— Mamo, dlaczego tata nie wraca? — zapytała Zosia, patrząc na mnie wielkimi, zapłakanymi oczami. Stałyśmy w kuchni, a ja trzymałam w ręku kubek z zimną już herbatą. W powietrzu unosił się zapach świeżo upieczonego chleba, który Adam zawsze uwielbiał. Ale jego już nie było. Zginął nagle, wracając z pracy — wypadek samochodowy na trasie do Piaseczna. Miał 43 lata. Ja miałam 39 i poczucie, że wszystko, co znałam, właśnie się skończyło.
Pogrzeb był jak zły sen. Ludzie przychodzili, składali kondolencje, a ja czułam się jak aktorka w kiepskim przedstawieniu. Moja mama trzymała mnie za rękę, a teściowa płakała głośniej ode mnie. Adam był dobrym mężem — tak wszyscy mówili. Pracował w banku, był odpowiedzialny, nigdy nie podnosił głosu. Zawsze wracał do domu na czas. Przynajmniej tak myślałam.
Tydzień po pogrzebie zaczęłam porządkować jego rzeczy. Najpierw szafa — koszule ułożone według kolorów, krawaty starannie zwinięte. Potem biurko. W jednej z szuflad znalazłam telefon, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Był wyłączony. Przez chwilę patrzyłam na niego, jakby miał zaraz wybuchnąć. W końcu podłączyłam go do ładowarki.
Gdy telefon się uruchomił, zobaczyłam dziesiątki wiadomości od kogoś podpisanego jako „Kasia”. Serce zaczęło mi walić jak oszalałe. „Kocham cię” — przeczytałam na ekranie. „Tęsknię za tobą. Kiedy znów się zobaczymy?” Przewijałam dalej: zdjęcia z kawiarni, selfie z jakiegoś hotelowego pokoju, bilety na koncerty w Warszawie.
Nie mogłam oddychać. Przez chwilę miałam nadzieję, że to jakaś pomyłka, głupi żart. Ale im więcej czytałam, tym bardziej docierało do mnie, że Adam prowadził drugie życie. Z tą kobietą był od ponad dwóch lat. Spotykali się regularnie — czasem wtedy, gdy mówił mi, że musi zostać dłużej w pracy albo wyjeżdża służbowo do Krakowa.
Zosia weszła do pokoju i zobaczyła mnie płaczącą nad telefonem.
— Mamo? Co się stało?
Szybko schowałam telefon do kieszeni.
— Nic kochanie, po prostu bardzo tęsknię za tatą.
Przez kolejne dni chodziłam jak cień. Nie mogłam spać ani jeść. Każda rzecz Adama przypominała mi o kłamstwie. Zaczęłam analizować nasze wspólne lata — czy naprawdę byłam aż tak ślepa? Czy coś przeoczyłam? Przypomniałam sobie jego dziwne milczenie podczas kolacji kilka miesięcy temu, nagłe wyjazdy służbowe, tajemnicze rozmowy przez telefon na balkonie.
W końcu zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do numeru Kasi.
— Halo?
— Dzień dobry… Nazywam się Marta Nowak. Jestem żoną Adama.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Przepraszam… — usłyszałam cichy głos kobiety. — Nie wiedziałam…
— Od jak dawna się spotykaliście?
— Dwa lata… Myślałam, że jest rozwiedziony. Powiedział mi, że nie mieszka już z żoną.
Rozłączyłam się bez słowa. Poczułam się upokorzona i oszukana przez własnego męża nawet po jego śmierci. Chciałam krzyczeć, rzucać talerzami o ścianę, ale wiedziałam, że muszę być silna dla Zosi.
Teściowa przyszła kilka dni później z ciastem i próbowała mnie pocieszać.
— Adam był dobrym człowiekiem… — zaczęła.
Nie wytrzymałam.
— Wiedziała pani o Kasi?
Zbladła i spuściła wzrok.
— Domyślałam się… Ale myślałam, że to tylko przelotny romans…
Poczułam się zdradzona przez wszystkich wokół. Nawet własna matka próbowała mnie przekonać, żebym „nie rozdrapywała ran” i „myślała o dziecku”.
Ale ja musiałam wiedzieć więcej. Pojechałam do banku, w którym pracował Adam. Jego kolega Marek unikał mojego wzroku.
— Marek… Proszę cię, powiedz mi prawdę. Kim była Kasia?
Westchnął ciężko.
— Adam był nieszczęśliwy… Mówił, że nie wie już, czego chce od życia. Ale nigdy nie chciał cię skrzywdzić.
Wróciłam do domu jeszcze bardziej zagubiona niż wcześniej. Kim byłam dla Adama? Czy nasze małżeństwo było tylko fasadą? Czy naprawdę można żyć z kimś tyle lat i nie znać go wcale?
Zosia zaczęła mieć problemy w szkole — zamknęła się w sobie, przestała rozmawiać z koleżankami. Musiałam znaleźć w sobie siłę, żeby być dla niej wsparciem, choć sama czułam się jak wrak człowieka.
Minęły miesiące. Powoli uczyłyśmy się żyć we dwie. Czasem łapałam się na tym, że tęsknię za Adamem takim, jakim go znałam — albo raczej za wyobrażeniem o nim. Ale prawda była inna i musiałam ją zaakceptować.
Dziś wiem jedno: nigdy nie można być pewnym drugiego człowieka do końca. Nawet jeśli wydaje nam się, że znamy go na wylot. Czy można wybaczyć zdradę po śmierci? Czy warto szukać odpowiedzi na pytania, które mogą nas tylko zranić? Może lepiej czasem żyć w nieświadomości?