Między rodziną a samotnością: Jak wspólne mieszkanie z kuzynką zmieniło moje życie

— Anka, ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie zostawiała brudnych naczyń w zlewie?! — wykrzyknęłam, patrząc na kolejną stertę talerzy, która piętrzyła się od rana. Moja kuzynka nawet nie podniosła wzroku znad telefonu. — Przecież zaraz to zrobię, nie przesadzaj — mruknęła pod nosem.

W tamtej chwili poczułam, jak narasta we mnie frustracja. Jeszcze kilka miesięcy temu byłam pewna, że wspólne mieszkanie z Anką to najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć. Wynajmowałam wtedy małe dwupokojowe mieszkanie na Pradze i ledwo wiązałam koniec z końcem. Kiedy Anka zadzwoniła z pytaniem, czy nie mogłaby się do mnie wprowadzić — bo jej rodzice sprzedali dom pod Warszawą i nie miała gdzie się podziać — poczułam ulgę. Dzieląc czynsz na pół, mogłyśmy zaoszczędzić sporo pieniędzy. Poza tym zawsze byłyśmy sobie bliskie; jako dzieci spędzałyśmy razem każde wakacje u babci na Mazurach. Wydawało mi się, że to będzie jak powrót do tamtych beztroskich czasów.

Pierwsze tygodnie były nawet zabawne. Gotowałyśmy razem obiady, wieczorami oglądałyśmy seriale i śmiałyśmy się z głupot. Ale bardzo szybko zaczęły wychodzić na jaw nasze różnice. Ja lubię mieć porządek i ciszę po pracy, Anka natomiast żyje w wiecznym chaosie. Zostawia ubrania wszędzie, głośno rozmawia przez telefon do późna w nocy i zaprasza znajomych bez uprzedzenia. Próbowałam rozmawiać z nią spokojnie, tłumaczyć, że potrzebuję trochę przestrzeni i spokoju. Za każdym razem słyszałam tylko: — Przesadzasz, jesteś przewrażliwiona.

Pewnego wieczoru wróciłam do domu po wyjątkowo ciężkim dniu w pracy. Marzyłam tylko o gorącej kąpieli i chwili ciszy. Otworzyłam drzwi i od razu uderzył mnie hałas — Anka urządziła imprezę dla swoich znajomych z uczelni. W salonie ktoś śpiewał karaoke, ktoś inny rozlewał piwo na mój nowy dywan. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu ze złości i bezsilności.

— Anka, miałyśmy się umawiać na takie rzeczy! — powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
— Oj, nie przesadzaj! To tylko kilka osób! — odpowiedziała beztrosko.

Wtedy pierwszy raz naprawdę się pokłóciłyśmy. Krzyczałyśmy na siebie przy wszystkich gościach. Ona zarzucała mi sztywność i brak dystansu, ja jej egoizm i brak szacunku do mojej prywatności. Następnego dnia nie odzywałyśmy się do siebie przez pół tygodnia.

Z czasem było tylko gorzej. Każda drobnostka stawała się powodem do kłótni: rachunki za prąd (Anka zostawiała światło w każdym pokoju), zakupy (ciągle znikało moje jedzenie z lodówki), sprzątanie (nigdy nie dotrzymywała ustalonych dyżurów). Czułam się coraz bardziej obca we własnym domu.

Najgorsze przyszło jednak wtedy, gdy straciłam pracę. Firma ogłosiła redukcję etatów i zostałam bez środków do życia. Byłam przerażona — nie miałam oszczędności, a czynsz trzeba było płacić co miesiąc. Myślałam, że Anka mnie wesprze; przecież jesteśmy rodziną! Zamiast tego usłyszałam:

— Słuchaj, ja nie mogę płacić za dwie osoby. Sama ledwo sobie radzę… Może powinnaś wrócić do rodziców?

Te słowa bolały bardziej niż wszystko inne. Przez chwilę miałam ochotę spakować walizki i wyjść bez słowa. Ale nie chciałam wracać na wieś jak przegrana. Zaczęłam szukać dorywczych prac: roznosiłam ulotki, sprzątałam biura po godzinach. Byłam zmęczona i rozgoryczona.

W tym czasie Anka żyła tak, jakby nic się nie stało. Imprezy trwały dalej, a ja coraz częściej zamykałam się w swoim pokoju z poczuciem samotności i żalu. Nasze rozmowy ograniczały się do krótkich wymian zdań o rachunkach albo zakupach.

Pewnego dnia wróciłam do domu wcześniej niż zwykle i usłyszałam rozmowę Anki przez telefon:

— Nie wiem, jak długo jeszcze tu wytrzymam… Ola jest taka sztywna, ciągle narzeka…

Poczułam się zdradzona. Przecież to ja ją przyjęłam pod swój dach! To ja starałam się utrzymać ten dom! Wtedy coś we mnie pękło.

Wieczorem usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole.

— Anka, musimy porozmawiać — zaczęłam cicho.
— O czym? — rzuciła zniecierpliwiona.
— O nas. O tym mieszkaniu. O tym, że chyba obie jesteśmy nieszczęśliwe.

Przez chwilę milczała.
— Może masz rację… Może to nie ma sensu — powiedziała w końcu.

Zdecydowałyśmy się rozstać jako współlokatorki. Anka znalazła pokój bliżej uczelni, ja zostałam sama w mieszkaniu i zaczęłam szukać nowej pracy na pełen etat. Przez kilka tygodni czułam ulgę pomieszaną z żalem. Straciłam nie tylko współlokatorkę, ale też kuzynkę i przyjaciółkę z dzieciństwa.

Dziś minęło już kilka miesięcy od tamtych wydarzeń. Udało mi się znaleźć nową pracę i powoli odbudowuję swoje życie. Z Anką widujemy się rzadko; nasze rozmowy są uprzejme, ale chłodne.

Często zastanawiam się, czy warto było poświęcić własny spokój dla kilku złotych oszczędności. Czy rodzina naprawdę jest najważniejsza za wszelką cenę? A może czasem lepiej wybrać samotność niż toksyczną bliskość? Może wy też mieliście podobne doświadczenia…?