Kiedy telefon mojej córki boli bardziej niż cisza – Historia matki między miłością, rozczarowaniem i granicami

– Mamo, pożyczysz mi jeszcze te pięćset złotych? – głos Ani był cichy, niemal błagalny, ale ja już znałam ten ton na pamięć. Stałam przy kuchennym oknie, patrząc na szare niebo nad blokami na Pradze. W dłoni ściskałam telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie.

– Aniu, już rozmawiałyśmy o tym… – zaczęłam, ale córka przerwała mi natychmiast.

– Wiem, wiem! Ale to ostatni raz, przysięgam! Potrzebuję tylko na czynsz, bo inaczej mnie wyrzucą. Mamo, proszę cię…

Zamknęłam oczy. W głowie miałam tysiące myśli: wspomnienia małej Ani z warkoczykami, jej pierwszy dzień w szkole, potem liceum, studia w Warszawie. Zawsze była ambitna, zawsze chciała więcej. Ale od kilku lat coś się zmieniło. Najpierw była praca w kawiarni, potem szybkie znajomości, coraz mniej kontaktu ze mną. Aż w końcu te telefony – coraz rzadsze, ale zawsze z jednym tematem: pieniądze.

– Aniu… – westchnęłam ciężko. – Nie mogę ci już pomagać w ten sposób. To nie jest rozwiązanie.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszałam jej oddech, szybki i nerwowy.

– Czyli co? Zostawisz mnie na lodzie? – jej głos nagle stał się ostry. – Po tylu latach? Po tym wszystkim?

Poczułam łzy pod powiekami. Nie chciałam być tą matką, która odwraca się od dziecka. Ale ile razy można ratować kogoś, kto nie chce być uratowany?

– Kocham cię – powiedziałam cicho. – Ale musisz sama sobie poradzić. Inaczej nigdy się nie nauczysz.

Rozłączyła się bez słowa. Stałam tak jeszcze długo, patrząc na swoje odbicie w szybie. Widziałam zmęczoną kobietę po pięćdziesiątce z siwymi pasmami we włosach i oczami pełnymi smutku.

Wieczorem zadzwoniła moja siostra, Basia.

– Znowu dzwoniła? – zapytała bez zbędnych wstępów.

– Tak. I znowu prosiła o pieniądze.

– Maria, musisz być twarda. Ona cię wykorzystuje. Wszyscy to widzą.

– Ale to moja córka…

– I właśnie dlatego musisz jej postawić granice. Inaczej nigdy nie wyjdzie na prostą.

Basia miała rację, ale serce matki nie słucha rozsądku. Przez całą noc przewracałam się z boku na bok, wsłuchując się w ciszę mieszkania. Każdy dźwięk telefonu sprawiał, że podskakiwałam z nadzieją i strachem jednocześnie.

Następnego dnia w pracy byłam jak cień samej siebie. Koleżanka z biura, pani Grażyna, spojrzała na mnie z troską.

– Coś się stało?

– Córka… – urwałam, bo nie wiedziałam nawet od czego zacząć.

– Dzieci… – westchnęła Grażyna. – Ja z moim synem też mam pod górkę. Ale czasem trzeba pozwolić im upaść.

Wróciłam do domu i usiadłam przy stole z kubkiem herbaty. Przypomniałam sobie dzień, kiedy Ania wyprowadziła się do Warszawy. Była taka dumna i pewna siebie. „Mamo, dam sobie radę!” – mówiła wtedy z uśmiechem. A ja wierzyłam jej bezgranicznie.

Z czasem jednak coraz częściej dzwoniła tylko wtedy, gdy czegoś potrzebowała. Najpierw drobiazgi: „Mamo, pożyczysz na książki?”, „Mamo, zabrakło mi na bilet”. Potem coraz większe sumy i coraz mniej tłumaczeń. Zawsze obietnice poprawy, zawsze łzy i wyrzuty sumienia po mojej stronie.

Pewnego dnia odwiedziła mnie sąsiadka, pani Zofia.

– Pani Mario, niech pani nie daje się szantażować uczuciowo! Moja córka też próbowała… Ale jak raz powiedziałam 'nie’, to nagle znalazła pracę i wszystko się ułożyło.

Chciałabym wierzyć, że u nas też tak będzie.

Tydzień później Ania zadzwoniła znowu. Tym razem jej głos był inny – zimny i obcy.

– Skoro nie chcesz mi pomóc, to nie dzwoń więcej – rzuciła i rozłączyła się zanim zdążyłam odpowiedzieć.

Przez kolejne dni żyłam jak w zawieszeniu. Cisza bolała bardziej niż najgorsze słowa. Każde spojrzenie na telefon przypominało mi o niej. Każda wiadomość od znajomych czy rodziny była jak sól na ranę.

W pracy byłam coraz bardziej rozkojarzona. Szef wezwał mnie na rozmowę.

– Pani Mario, wszystko w porządku?

– Tak… To tylko sprawy rodzinne.

Wróciłam do pustego mieszkania i usiadłam na kanapie. Wzięłam do ręki zdjęcie Ani z dzieciństwa – uśmiechnięta dziewczynka z wielkimi oczami i rozczochranymi włosami. Gdzie podziało się to dziecko? Gdzie popełniłam błąd?

Wieczorem zadzwonił mój brat Marek.

– Maria, musisz myśleć też o sobie. Ile jeszcze dasz radę znosić?

Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Bo czy można przestać kochać własne dziecko? Czy można przestać wierzyć w jego powrót?

Minęły dwa miesiące ciszy. Każdego dnia walczyłam ze sobą: dzwonić czy nie dzwonić? Pisać czy pozwolić jej dorosnąć?

Aż pewnego dnia dostałam wiadomość: „Mamo, przepraszam za wszystko. Potrzebuję cię… ale nie dla pieniędzy. Chcę pogadać”.

Płakałam długo zanim oddzwoniłam.

Dziś wiem jedno: czasem trzeba pozwolić dziecku upaść, żeby mogło się podnieść silniejsze. Ale czy serce matki kiedykolwiek przestaje tęsknić? Czy można nauczyć się kochać mądrze – nawet jeśli to boli?