Kiedy goście nie chcą wyjść: Wielkanoc, która zmieniła wszystko – Moja rodzina, moje granice, moje życie

– Aniu, a gdzie schowałaś te czekoladowe jajka? – głos ciotki Krysi rozbrzmiał w kuchni, zanim zdążyłam jeszcze otworzyć oczy. Była Wielka Sobota, siódma rano. Przez chwilę miałam nadzieję, że to tylko sen, ale kiedy usłyszałam stukot garnków i szuranie krzeseł, wiedziałam, że to rzeczywistość.

Od tygodnia mój dom przypominał schronisko. Mama, tata, ciotka Krysia z wujkiem Zbyszkiem i ich dwójka dzieci, babcia Halina, kuzynka Ola z narzeczonym – wszyscy rozgościli się na dobre. Miało być tylko kilka dni świątecznych, a już w środę przed Wielkanocą zaczęli zjeżdżać się pierwsi goście. „Przecież to tylko raz w roku!” – powtarzała mama, a ja kiwałam głową, choć w środku czułam narastającą panikę.

Mój mąż Michał próbował zachować spokój. – Kochanie, damy radę. To tylko kilka dni – szeptał wieczorami, kiedy wreszcie mogliśmy zamknąć się w naszej sypialni. Ale dni mijały, a goście nie mieli zamiaru wyjeżdżać. Zamiast tego pojawiały się kolejne walizki i torby z jedzeniem.

Wielkanoc minęła wśród śmiechów, głośnych rozmów i niekończących się posiłków. Ale już w Poniedziałek Wielkanocny zaczęłam czuć się jak cień we własnym domu. Ktoś ciągle siedział w moim ulubionym fotelu. Moja łazienka była zajęta od świtu do nocy. Nawet kawa smakowała inaczej, bo ktoś zawsze wypijał ostatnią porcję mleka.

– Aniu, mogłabyś podać mi ręcznik? – wołała babcia Halina z łazienki.
– Aniu, gdzie są moje klucze? – pytał tata.
– Aniu, czy mogłabyś zrobić jeszcze jedną sałatkę jarzynową? – prosiła ciotka Krysia.

Czułam się jak służąca. Michał coraz częściej wychodził na długie spacery z psem, a ja zostawałam sama na polu bitwy. Próbowałam być miła, uśmiechać się i nie narzekać. Przecież rodzina to najważniejsze, prawda?

Ale z każdym dniem było coraz trudniej. Goście nie zamierzali wyjeżdżać. Kuzynka Ola rozłożyła swoje rzeczy na całym stole w salonie i urządziła sobie biuro. Wujek Zbyszek codziennie rano smażył jajecznicę na boczku, zostawiając po sobie tłusty bałagan. Dzieci ciotki Krysi biegały po domu z krzykiem, przewracając wszystko na swojej drodze.

Pewnego wieczoru usiadłam na schodach prowadzących na piętro i rozpłakałam się. Michał podszedł do mnie i przytulił.
– Aniu, musisz coś powiedzieć. To twój dom.
– Ale jak? Przecież się obrażą…
– A co z tobą? Czy ty już się nie liczysz?

Te słowa uderzyły mnie jak grom z jasnego nieba. Czy naprawdę przestałam się liczyć? Czy moje potrzeby są mniej ważne niż potrzeby wszystkich innych?

Następnego ranka zebrałam się na odwagę. Zaparzyłam kawę i weszłam do kuchni, gdzie siedziała cała rodzina.
– Kochani – zaczęłam drżącym głosem – chciałam wam coś powiedzieć.
Wszyscy spojrzeli na mnie zaskoczeni.
– Bardzo się cieszę, że mogliśmy spędzić razem święta. Naprawdę… Ale czuję się już bardzo zmęczona i potrzebuję trochę spokoju. Chciałabym was prosić, żebyście powoli zaczęli się zbierać do wyjazdu.

Zapadła cisza. Ciotka Krysia spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Aniu, przecież jeszcze nie skończyliśmy nawet wszystkich mazurków!
Babcia Halina westchnęła ciężko.
– No tak… Teraz młodzi mają swoje zwyczaje.
Tata odwrócił wzrok.

Serce waliło mi jak młotem. Bałam się ich reakcji bardziej niż czegokolwiek innego. Ale Michał stanął za mną i objął mnie ramieniem.
– Ania ma rację – powiedział stanowczo. – Potrzebujemy trochę prywatności.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Potem ciotka Krysia zaczęła zbierać swoje rzeczy z miną męczennicy. Babcia Halina mruczała coś pod nosem o niewdzięczności młodego pokolenia. Kuzynka Ola rzuciła mi krótkie „Dzięki za gościnę” i zamknęła się w pokoju pakować laptopa.

Kiedy ostatnie drzwi zatrzasnęły się za rodziną, usiadłam na kanapie i poczułam ulgę tak wielką, że aż zakręciło mi się w głowie. Przez chwilę było cicho – pierwszy raz od dwóch tygodni.

Ale potem przyszło poczucie winy. Czy byłam zbyt ostra? Czy zraniłam ich uczucia? Czy teraz będą o mnie mówić źle na rodzinnych spotkaniach?

Michał usiadł obok mnie i ujął moją dłoń.
– Jestem z ciebie dumny – powiedział cicho.
Patrzyłam przez okno na pusty ogród i zastanawiałam się: dlaczego tak trudno jest postawić granice najbliższym? Dlaczego zawsze wydaje mi się, że muszę wszystkich zadowolić?

Może czas nauczyć się dbać o siebie tak samo mocno, jak dbam o innych? Czy wy też macie czasem wrażenie, że próbując wszystkich uszczęśliwić, sami siebie gubicie?