„Głodna jestem, mamo…” – Moja walka z przemocą w rodzinie i poszukiwanie nadziei w polskiej rzeczywistości
– Mamo, mogę dostać kawałek chleba? – mój głos drżał, a żołądek ściskał się z głodu. W kuchni pachniało starym tłuszczem i zimnym powietrzem wpadającym przez nieszczelne okno. Mama stała przy zlewie, z papierosem w ustach, i nawet nie spojrzała na mnie.
– Znowu ci się coś należy? – syknęła, a jej dłoń powędrowała w moją stronę szybciej, niż zdążyłam się odsunąć. Policzek zapiekł mnie ogniem. – Przestań jęczeć! – dodała, a ja cofnęłam się pod ścianę, próbując nie płakać.
Miałam wtedy dziewięć lat i już wiedziałam, że w naszym domu nie ma miejsca na słabość. Ojciec odszedł, gdy miałam pięć lat – podobno do innej kobiety, ale mama nigdy o tym nie mówiła. Zostałyśmy same w dwupokojowym mieszkaniu na Bródnie. Mama pracowała na kasie w Biedronce, wracała zmęczona i rozdrażniona. Często piła. Częściej krzyczała. Najczęściej biła.
Pamiętam zimowe wieczory, kiedy leżałam pod kocem i słuchałam, jak sąsiedzi za ścianą oglądają telewizję. U nas było cicho – tylko czasem mama przeklinała pod nosem albo tłukła talerze. Głód był moim codziennym towarzyszem. W szkole jadłam wszystko, co dawali na stołówce, a czasem podkradałam kanapki koleżankom.
Najgorsze były weekendy. Wtedy mama nie musiała wcześnie wstawać do pracy i mogła pić do późna. Często wracała do domu z jakimś mężczyzną – zawsze innym. Bałam się ich spojrzeń, ich śmiechu, ich rąk. Zamykałam się w swoim pokoju i modliłam się, żeby nikt nie przyszedł.
Pewnego dnia w szkole pani Ewa, wychowawczyni, zapytała mnie, dlaczego mam siniaki na rękach. Skłamałam: „Przewróciłam się na schodach”. Widziałam w jej oczach niedowierzanie, ale nic nie powiedziała. Może myślała, że nie jej sprawa? Może bała się mojej matki?
Z czasem nauczyłam się być niewidzialna. Nie prosiłam o nic, nie płakałam przy mamie. Czasem tylko patrzyłam na inne dzieci – jak ich mamy przytulają po lekcjach, jak dają im ciepłe kakao i kanapki z szynką. Zazdrościłam im tej zwyczajnej miłości.
Największy kryzys przyszedł w trzynaste urodziny. Mama zapomniała o nich zupełnie. Siedziałam sama w kuchni z kawałkiem suchego chleba i wyobrażałam sobie tort ze świeczkami. Nagle drzwi trzasnęły – mama wróciła wcześniej niż zwykle. Była pijana i zła.
– Co się gapisz? – wrzasnęła. – Myślisz, że masz tu dobrze? Że ci coś się należy? Ja całe życie haruję przez twojego ojca!
Nie wytrzymałam.
– To nie moja wina! – krzyknęłam przez łzy.
Wtedy pierwszy raz uderzyła mnie pięścią. Upadłam na podłogę i poczułam krew w ustach.
Po tej nocy coś we mnie pękło. Przestałam marzyć o lepszym życiu. Przestałam wierzyć, że ktoś mnie uratuje.
Ale los bywa przewrotny. Kilka tygodni później pani Ewa znów mnie zaczepiła po lekcjach.
– Ola, muszę z tobą porozmawiać – powiedziała cicho.
Zawahałam się, ale poszłam za nią do pokoju nauczycielskiego.
– Wiem, że coś jest nie tak w domu – zaczęła delikatnie. – Chcę ci pomóc.
Nie chciałam mówić prawdy. Bałam się, że mama się dowie i będzie jeszcze gorzej. Ale łzy same popłynęły mi po policzkach.
Pani Ewa zadzwoniła do opieki społecznej. Tego samego dnia przyszły dwie panie do naszego mieszkania. Mama krzyczała, groziła im policją, ale one były stanowcze.
Trafiłam do rodziny zastępczej – do państwa Kowalskich na Ursynowie. Byli mili, ale obcy. Przez pierwsze miesiące nie odzywałam się prawie wcale. Bałam się zaufać komukolwiek.
Pani Kowalska była cierpliwa. Codziennie rano robiła mi kanapki do szkoły i zostawiała karteczki z uśmiechniętą buźką. Pan Kowalski zabierał mnie na spacery po Lesie Kabackim i opowiadał o swoim dzieciństwie na Mazurach.
Powoli zaczęłam wierzyć, że świat może być inny niż ten za drzwiami naszego mieszkania na Bródnie.
Czasami mama dzwoniła do mnie pijana i wyzywała przez telefon: „Zdradziłaś mnie! Jesteś niewdzięczna!”. Po takich rozmowach długo nie mogłam zasnąć.
Minęły lata. Skończyłam liceum z dobrymi wynikami i dostałam się na psychologię na UW. Chciałam pomagać takim dzieciom jak ja – tym niewidzialnym, głodnym miłości i bezpieczeństwa.
Dziś mam dwadzieścia cztery lata i własne mieszkanie na Ochocie. Mama od kilku lat nie żyje – zapiła się na śmierć w samotności. Czasem myślę o niej z żalem, czasem z gniewem… Ale coraz częściej ze współczuciem.
Czy mogę jej wybaczyć? Czy powinnam? Czy to możliwe zapomnieć głód i ból dzieciństwa?
A może najważniejsze jest to, by przerwać łańcuch przemocy i dać innym to, czego sama nigdy nie dostałam?
Czy ktoś z was też nosi w sobie takie pytania?