Na pierwszej randce podzielił rachunek na pół. Nie chodziło o pieniądze, lecz o to, co powiedział chwilę później
— To co, dzielimy po połowie? — zapytał Mateusz, nawet na mnie nie patrząc.
Kelner trzymał rachunek, a ja siedziałam z dłonią zaciśniętą na serwetce. Sto osiemdziesiąt sześć złotych. Nie była to kwota, która mogła mnie zrujnować. Mimo to poczułam, jakby ktoś wylał mi za kołnierz szklankę zimnej wody.
— Jasne — odpowiedziałam szybko. Za szybko.
Wyjęłam kartę, próbując zachować obojętną minę. Mateusz przesunął telefon po stole i sprawdził godzinę. Wtedy dotarło do mnie, że przez całe spotkanie zrobił to chyba siedem razy.
Poznaliśmy się kilka dni wcześniej. Pisał dowcipnie, pytał o moją pracę w przychodni, opowiadał o remontowanym mieszkaniu pod Warszawą. To on zaproponował restaurację. Napisał nawet: „Znam świetne miejsce, zabieram cię”. Przyjęłam te słowa dosłownie, choć później długo się zastanawiałam, czy nie byłam naiwna.
Na żywo był zupełnie inny. Kiedy weszłam, nie wstał. Rzucił tylko krótkie „cześć” i odsunął mój płaszcz z wolnego krzesła. Nie zapytał, czy łatwo trafiłam, chociaż wiedział, że jechałam prawie godzinę. Gdy opowiadałam o trudnym tygodniu, patrzył ponad moim ramieniem na ekran telewizora nad barem.
— Dużo mówisz o pracy — stwierdził.
— Bo o nią pytałeś.
— No tak, tak. Po prostu kobiety często narzekają, że są zmęczone.
Zamilkłam. Zamówiłam najtańszy makaron, choć rano prawie nic nie jadłam. Mateusz wybrał stek, dodatkową sałatkę i dwa piwa. Przez większość kolacji mówił o kredycie, cenach materiałów budowlanych i byłej narzeczonej, która podobno „chciała tylko brać”.
Powinnam była wtedy wstać. Zamiast tego uśmiechałam się grzecznie, bo całe życie uczono mnie, żeby nie robić scen.
Po rozstaniu z Piotrem szczególnie zależało mi, by nikt nie uznał mnie za kobietę szukającą sponsora. Piotr przez dwa lata korzystał z mojej karty, obiecywał oddać pieniądze, a potem odszedł do koleżanki z pracy. Zostałam z ratami za lodówkę, którą zabrał, i długiem za wakacje, na które pojechaliśmy z moich oszczędności.
Od tamtej pory sama płaciłam czynsz, naprawiałam cieknący kran i nosiłam zakupy na czwarte piętro. Byłam niezależna. Tylko czy niezależność oznacza, że nie wolno mi pragnąć, by ktoś czasem się o mnie zatroszczył?
Kiedy terminal zapiszczał, Mateusz schował kartę.
— Lubię takie uczciwe układy — powiedział. — Od razu wiadomo, że nikt nikogo nie wykorzystuje.
— Uczciwe? Zamówiłeś dwa razy droższe danie i piwa. Podzieliliśmy całość po połowie.
Spojrzał na mnie pierwszy raz naprawdę uważnie.
— Chyba nie będziemy liczyć każdej złotówki?
Prawie się roześmiałam. Nie z rozbawienia, tylko z bezsilności.
Na zewnątrz padał mokry śnieg. Mateusz nie zaproponował, że odprowadzi mnie na przystanek. Stał pod daszkiem i pisał coś na telefonie.
— To może powtórzymy w przyszłym tygodniu? — rzucił.
— Nie, Mateusz. Nie pasujemy do siebie.
— Przez rachunek?
— Nie. Przez całe dwie godziny.
Pokręcił głową.
— Wiedziałem. Wszystkie mówicie, że jesteście nowoczesne, dopóki facet nie każe wam zapłacić.
Te słowa bolały, bo trafiały dokładnie w mój wewnętrzny lęk. W autobusie zadzwoniłam do siostry, Marty.
— Może przesadzam? — zapytałam. — Przecież mam własne pieniądze.
— Magda, ty nie chciałaś darmowej kolacji. Chciałaś poczuć, że on się cieszy, że tam jesteś.
Dopiero wtedy się rozpłakałam.
Następnego dnia Mateusz wysłał wiadomość: „Szkoda, wydawałaś się normalna”. Skasowałam ją bez odpowiedzi. Nie dlatego, że mężczyzna zawsze musi płacić. Sama nieraz zapraszałam i regulowałam cały rachunek. Chodziło o gest, intencję i ciepło, którego między nami nie było ani przez chwilę.
Dziś już nie wstydzę się powiedzieć, że chcę partnera opiekuńczego, uważnego i hojnego nie tylko portfelem, ale przede wszystkim sercem. Czy naprawdę oczekiwanie takiej troski kłóci się z kobiecą niezależnością? A może zbyt często udajemy, że niczego nie potrzebujemy, żeby tylko nie nazwano nas roszczeniowymi?