Ostatni pieniądz dla cudzego dziecka: Jak kierowca autobusu szkolnego odmienił losy
Rano było przenikliwie zimno. Śnieg oślepiał, wiatr smagał po twarzy, a drogi pokryła gładka warstwa lodu. Stałem przed autobusem, trzęsąc się z zimna, kiedy otworzyłem drzwi i wpuściłem do środka gromadkę dzieci owiniętych w szaliki, czapki i puchowe kurtki. — Szybciej, bo mi uszy odpadną! — zażartowałem, próbując rozgrzać atmosferę. — Pan Marek, jaki pan śmieszny! — odpowiedziała mi Basia, najmłodsza z rodzeństwa Kowalskich. Uśmiechnąłem się do niej, choć w środku czułem ciężar, którego nie potrafiłem zrzucić od tygodni.
Prawda była taka, że sam ledwo wiązałem koniec z końcem. Moja żona, Ania, od miesięcy nie mogła znaleźć pracy po zamknięciu lokalnej piekarni. Nasz syn Kuba miał coraz większe problemy w szkole — nauczycielka wczoraj znów dzwoniła z pretensjami. A ja? Ja miałem w portfelu ostatnie 20 złotych i nie wiedziałem, czy wystarczy na chleb i mleko do końca tygodnia.
Autobus powoli ruszył przez zaśnieżone ulice miasteczka pod Białymstokiem. Dzieci śmiały się, rozmawiały o klasówkach i marzyły o gorącej herbacie w szkole. Zatrzymałem się przy ostatnim przystanku. Tam czekała ona — Zosia. Zawsze stała trochę z boku, skulona, jakby chciała zniknąć. Miała na sobie cienką kurtkę i stare buty, które ledwo trzymały się kupy.
— Dzień dobry, panie Marku — powiedziała cicho.
— Dzień dobry, Zosiu. Wejdź szybko, bo zmarzniesz na kość.
Zosia usiadła na końcu autobusu. Przez lusterko widziałem, jak wyciąga z tornistra kawałek suchego chleba i powoli go gryzie. Coś mnie ścisnęło za gardło. Przypomniałem sobie własne dzieciństwo — biedę po śmierci ojca, matkę pracującą na dwa etaty i wieczne poczucie bycia gorszym od innych.
Kiedy dowiozłem dzieci do szkoły i zostałem sam w autobusie, przez chwilę siedziałem w ciszy. Wtedy zadzwonił telefon.
— Marek? — głos Ani był zmęczony i pełen niepokoju. — W sklepie nie chcieli mi sprzedać na zeszyt. Mamy tylko te dwadzieścia złotych…
Zacisnąłem pięść na kierownicy.
— Wiem. Coś wymyślę.
Tego dnia nie mogłem przestać myśleć o Zosi. Widziałem ją na przerwie przez okno autobusu — stała sama pod ścianą szkoły, patrząc na bawiące się dzieci. Po lekcjach wracała do autobusu jako ostatnia. Kiedy wszyscy już wysiedli, podeszła do mnie nieśmiało.
— Panie Marku…
— Tak?
— Czy… czy może pan pożyczyć mi dwa złote? Mama powiedziała, że odda jutro…
Patrzyła na mnie wielkimi oczami pełnymi wstydu i nadziei. W kieszeni miałem te ostatnie dwadzieścia złotych — pieniądze na kolację dla mojej rodziny. Przez chwilę walczyłem ze sobą. Przecież sam ledwo dawałem radę.
— Na co ci te pieniądze? — zapytałem łagodnie.
— Na bułkę… Nie jadłam śniadania…
Zrobiło mi się niedobrze ze wstydu za cały świat dorosłych. Wyjąłem portfel i podałem jej nie dwa, a dziesięć złotych.
— Kup sobie coś ciepłego do jedzenia. I nie martw się o oddawanie.
Zosia patrzyła na mnie przez chwilę w milczeniu, potem rzuciła się do wyjścia.
— Dziękuję! — krzyknęła przez ramię.
Wieczorem w domu Ania spojrzała na mnie pytająco:
— Kupiłeś mleko?
Zawahałem się.
— Nie… Dałem pieniądze Zosi Kowalskiej. Była głodna.
Ania westchnęła ciężko.
— Marek… My też mamy swoje dzieci!
— Wiem… Ale nie mogłem inaczej.
W nocy długo nie mogłem zasnąć. Myślałem o tym, jak łatwo jest odwrócić wzrok od cudzej biedy, kiedy samemu ledwo się żyje. Ale czy to znaczy, że mamy być obojętni? Czy dobro naprawdę wraca?
Następnego dnia rano czekała na mnie niespodzianka. Przed autobusem stała matka Zosi — pani Kowalska. Wyglądała na zmęczoną i zawstydzoną.
— Panie Marku… Dziękuję za pomoc dla Zosi… Ja… nie mam jak oddać tych pieniędzy…
Pokręciłem głową.
— Proszę się nie martwić. Każdemu może się zdarzyć gorszy czas.
Pani Kowalska rozpłakała się nagle.
— Mąż odszedł… Nie mam pracy… Nie wiem już, co robić…
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Po prostu położyłem jej dłoń na ramieniu.
— Proszę przyjść jutro do szkoły. Porozmawiam z dyrektorką — może znajdzie się jakaś pomoc dla was.
Wieczorem Ania usiadła obok mnie przy kuchennym stole.
— Może dobrze zrobiłeś… Może ktoś kiedyś pomoże też nam?
Patrzyliśmy na siebie w ciszy, a ja poczułem coś dziwnego — jakby ciężar z serca trochę zelżał.
Kilka dni później dowiedziałem się, że pani Kowalska dostała pracę jako sprzątaczka w szkole. Zosia zaczęła przychodzić do autobusu uśmiechnięta i coraz częściej rozmawiała z innymi dziećmi. A ja? Ja dostałem premię od burmistrza za „postawę godną naśladowania” — wystarczyło na kilka bochenków chleba i czekoladę dla Kuby.
Czasem myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy jeden gest naprawdę może zmienić czyjeś życie? Czy warto pomagać nawet wtedy, gdy samemu jest ciężko? Może właśnie wtedy najbardziej jesteśmy ludźmi.