Pies, który rozdarł ciszę po rozwodzie: Moja nieprzespana noc i zapach smażonej cebuli
Przyciemnione światło na klatce schodowej migało, kiedy nagle usłyszałam, jak Biszkopt drapie drzwi, a potem odgłos czegoś przewracającego się w kuchni. Drzwi do mieszkania były otwarte na oścież – ktoś wszedł albo wyszedł, a może znowu zawiodła stara klamka. Moje ręce drżały, gdy stąpałam po zimnych kafelkach, zmęczona po nieprzespanej nocy, z głową pełną niezałatwionych spraw. Pies zniknął we mgle, zostawiając za sobą charakterystyczny zapach mokrej sierści i tłustego jedzenia, które wylało się z garnka na kuchnię. W powietrzu wisiał niepokój i coś, co przypominało mi tamtą noc, kiedy mój mąż spakował się po cichu, zostawiając tylko kartkę na lodówce.
Po rozwodzie zostałam sama z synem i rachunkami. Piotrek miał wtedy czternaście lat i patrzył na mnie z wyrzutem, jakbym to ja wszystko popsuła. Poczucie winy nie dawało mi spokoju, więc zajmowałam się wszystkim – obiady, szkoła, nadgodziny w Biedronce. Pewnego dnia, wracając z pracy, zobaczyłam ogłoszenie na klatce: „Oddam psa, nie mogę dłużej trzymać”. Było zdjęcie: kundel, jasny, z jednym ciemnym uchem. Syn powiedział: „I tak już więcej nie możesz zawalić, mama, weźmy go”. Wzięliśmy.
Biszkopt, bo tak go nazwał Piotrek, na początku był uciążliwy. Nie znałam się na psach. Śmierdział podwórkiem, bał się windy i szczekał na sąsiadów. Przypadkowo przewrócił słoik z ogórkami, pogryzł kapcie, kilka razy narobił w przedpokoju. Po pierwszym tygodniu miałam dość. Marzyłam o spokoju, nie o nowych obowiązkach. Po pracy musiałam wychodzić z nim na spacery, nawet gdy padał marznący deszcz. Czułam wtedy gniew. Odbierało mi oddech, jakby pies był karą za moje dawne decyzje.
Pierwszą nieodwracalną decyzję podjęłam, kiedy Biszkopt złamał łapę podczas spaceru pod wiaduktem przy Wileńskim. Nie było nas stać na weterynarza, ale widok jego bólu był nie do zniesienia. Zabrałam go do kliniki, płacąc z pieniędzy odłożonych na czynsz. Zaległość musiałam potem odpracowywać, sprzątając dodatkowe zmiany po nocy w sklepie. Ale pierwszy raz od dawna miałam poczucie, że nie jestem sama – Biszkopt spał potem przy mnie, oddychając głośno, ciepły, pachnący lekko stęchłą słomą i lekiem z weterynarii.
Pies wymusił na mnie nową rutynę. Wychodziłam z nim codziennie rano, zanim Piotrek wstał do szkoły. Smród rozmokniętego śniegu na chodniku mieszał się z zapachem starej skóry od smyczy i rześkiego, zimowego powietrza. Z czasem te spacery okazały się ratunkiem – spotkałam sąsiadkę, panią Halinę z trzeciego piętra. Zaczęła wychodzić z nami, bo jej syn był w Anglii, a ona nie znosiła samotności. Rozmawiałyśmy, czasem razem piłyśmy kawę. To Biszkopt sprawił, że w końcu przestałam czuć się niewidzialna między ścianami bloku.
Drugą decyzję podjęłam, gdy Piotrek coraz bardziej zamykał się w sobie. Zostawiał talerze w pokoju, nie chciał rozmawiać, zamykał drzwi na klucz. Pewnej soboty, widząc, jak Biszkopt wchodzi do jego pokoju i kładzie się na podłodze obok niego, poczułam ukłucie zazdrości, ale i wdzięczność. To dzięki psu Piotrek otworzył się, zaczął znowu mówić, nawet śmiał się, głaszcząc mokre uszy Biszkopta. Postanowiłam zapisać nas na terapię rodzinną. Nie było nas stać na prywatne wizyty, więc próbowałam przez NFZ. Biurokracja była jak mur – kolejki, formularze, odwołane wizyty. Ale nie odpuściłam.
Trzecią decyzję podjęłam pod wpływem lęku, że mogę stracić psa. Pewnego dnia wróciłam z pracy, a Biszkopta nie było. Piotrek zapomniał zamknąć balkon podczas wietrzenia, pies wyskoczył na śnieg, pewnie za gołębiami. Szukałam go z Haliną, biegałam po osiedlu w rozpadających się butach, ślizgałam się na lodzie. Przez chwilę poczułam, jakby znów ktoś mnie porzucił, jak wtedy, gdy mąż odszedł. Znalazłyśmy go dopiero nad ranem, przemarzniętego, z drżącym ciałem, leżącego pod ławką obok sklepu. Serce biło mu szybko, a jego oddech był ciężki, chrapliwy, czułam jego ciepło pod kurtką, kiedy niosłam go na rękach przez śnieg. Tamtej nocy postanowiłam: przeniesiemy się z synem na wieś do mojej matki, gdzie Biszkopt będzie miał ogród, a my szansę na nowe życie. Zrezygnowałam z pracy, podjęłam ryzyko, choć bałam się upokorzenia i powrotu do rodzinnego domu.
Przeprowadzka nie była szczęśliwym zakończeniem. Mama była oschła, nie rozumiała, dlaczego nie dałam sobie rady w mieście. Piotrek miał żal o oderwanie od kolegów. Biszkopt początkowo nie wiedział co zrobić z wolnością, ganiał po ogrodzie, kopał dziury, śmierdział ziemią i trawą. Spałam mało, bywałam poirytowana i wyczerpana. Czasem miałam dość wszystkiego – syna, psa, siebie. Ale w tych trudnych wieczorach, kiedy Biszkopt kładł łeb na moich kolanach i jego oddech był równy, głęboki, czułam, że może jeszcze nie wszystko stracone.
Dziś, kiedy patrzę, jak Piotrek uczy się z Biszkoptem aportowania na podwórku, czuję coś pomiędzy ulgą a smutkiem. Może już nie będę żoną, jaką chciałam być, ale zyskałam lojalność, której nie umiałam docenić wcześniej. Zastanawiam się, czy człowiek ma prawo drugi raz zaczynać od nowa tylko dzięki własnej odwadze – czy może to jednak pies, taki zwyczajny kundel, staje się czasem naszym jedynym ratunkiem. Czy wy też czasem boicie się przyznać, jak bardzo zależycie od kogoś, kto nie potrafi nawet mówić?