Wilgotny nos wśród betonu: Jak Rufus uratował mnie przed samotnością po rozwodzie
Zamachnęłam się na klamkę jeszcze raz, czując jak metal wbija mi się w dłoń. Krew popłynęła z rozcięcia, kiedy Rufus głośno zawył po drugiej stronie drzwi. Nie wiedziałam wtedy, czy bardziej boję się zostawić go samego, czy tego, że znowu zostanę sama w pustym mieszkaniu. Po rozwodzie z Piotrem nawet echo wydawało się wrogiem.
Rufusa przygarnęłam w zeszłym roku – z tych chwilowego impulsu, kiedy serce łkało, a rozum krzyczał, że to zły pomysł. Kundel, w połowie szary, w połowie rudy, z łapami za dużymi jak na swój młody wiek. Wzięłam go z warszawskiego schroniska na Paluchu, bo nie byłam w stanie znieść tej ciszy, kiedy wracałam z pracy. Wtedy jeszcze miałam pracę – ale o tym później.
Pierwsza noc z Rufusem była jak powrót do dzieciństwa, kiedy pod kołdrą chowałam się przed burzą. Pachniał mokrą sierścią i czymś kwaśnym, jakby resztkami deszczu z wybiegów. Wgryzał się w kanapę, szczekał na windę, a ja przeklinałam swoją decyzję. Sierść była wszędzie – nawet w kawie, którą sączyłam, patrząc na bloki za oknem. Przez kilka tygodni budził mnie nad ranem, ciężko dysząc, jego ciepły oddech niósł się po pokoju. Bałam się, że nie dam rady.
Kiedy Piotr wyprowadził się na stałe, wszystko nabrało jeszcze cięższych dźwięków. Sąsiedzi przestali się uśmiechać. Praca w korporacji zaczęła mnie przerastać, a Rufus wymagał więcej niż tylko krótkiego spaceru. Czułam, jak wewnątrz mnie narasta zmęczenie, a w portfelu ubywa pieniędzy. Weterynarz po pierwszym szczepieniu wyliczył mi kwotę, której nie miałam – musiałam pożyczyć od mamy, której nie widywałam od miesięcy.
Były dni, kiedy miałam ochotę oddać Rufusa z powrotem. Kiedy rozwalił mi drzwi balkonowe, bo zostawiłam go na chwilę samego. Kiedy rozszarpał swoje legowisko i cała kawalerka pachniała mokrą pianą, starym sianem i jego rozedrganym lękiem. Ale zawsze, kiedy rzucałam mu kolejne stare ubranie, patrzył na mnie tymi swoimi bursztynowymi oczami. Jakby wiedział. Jakby mówił – nie poddawaj się. Myślę, że właśnie wtedy zaczęliśmy być nie tylko psem i opiekunką, ale jakąś rodziną z odzysku.
Prawdziwa próba przyszła w listopadzie, kiedy zachorowałam na grypę i przez tydzień nie miałam siły wychodzić z łóżka. Rufus nie odstępował mnie ani na krok. Czułam jego ciepło przy boku, dotykałam mokrego nosa, a jego oddech stawał się moim zegarem. Sąsiedzi po raz pierwszy zaoferowali pomoc – starsza pani z piętra wyżej zabierała go na spacery, a ja pierwszy raz w życiu poczułam, że ktoś tu jeszcze na mnie liczy. Wymiana kilku zdań na klatce zamieniła się w codzienne rozmowy, a Rufus – w lokalnego bohatera, który potrafił rozśmieszyć dzieciaki na placu zabaw.
Kiedy wróciłam do zdrowia, wiedziałam już, że nie mogę zostawić Rufusa samego na dłużej. To przez niego zrezygnowałam z nadgodzin w pracy, choć oznaczało to mniejsze pieniądze i kłopoty z opłatami. Musiałam wybierać – albo praca, albo pies. Wybrałam Rufusa, a potem zaczęłam szukać nowej, z elastycznym grafikiem. Było ciężko. Pracowałam jako kasjerka w Biedronce, potem na recepcji w małym hostelu na Pradze. Rufus uczył mnie pokory i cierpliwości. Był jak mój własny, żywy test odpowiedzialności.
Z czasem zaczęłam czuć jego zapach nawet wtedy, gdy nie było go obok – specyficzną nutę ziemi i suszonych liści, którą przynosił po spacerach po Skarpie Warszawskiej. Dotykałam jego wilgotnych uszu, głaskałam łapy, które drżały ze zmęczenia po długich biegach. Nauczył mnie wstawać rano, kiedy najchętniej leżałabym w łóżku godzinami. Dzięki niemu odważyłam się podejść do sąsiadki – tej, która zawsze narzekała na hałas. Rufus sprawił, że zaczęłyśmy razem chodzić na spacery, a nawet robić sobie kawę po powrocie.
Największy strach przeżyłam zimą, kiedy Rufus mi uciekł. Klatka schodowa była zimna, czuć było wilgoć i zapach chloru z mycia podłogi. Drzwi były lekko uchylone, a on wybiegł – nie pomyślałam, by sprawdzać, czy wszystko jest domknięte. Szukałam go przez cztery godziny, w śniegu po kostki, zmarznięta do szpiku kości. W głowie miałam tylko jedno: co zrobię, jeśli go nie znajdę? Przypomniały mi się wszystkie samotne wieczory, kiedy tylko jego obecność nie pozwalała mi się rozpaść. Gdy w końcu przybiegł do mnie, cały oblepiony błotem i solą, z sercem bijącym jak oszalałe, pierwszy raz się popłakałam. Trzymałam go tak długo, że aż zaczął się wyrywać i dyszeć gorączkowo, jakby chciał powiedzieć: już dosyć, żyję.
Od tamtej pory wiem, że Rufus jest moją odpowiedzialnością, ale też – moją szansą, by nie zgubić się w pustce. Dzięki niemu odnowiłam kontakty z mamą, której przez lata miałam za złe, że nie wspierała mojego małżeństwa. Teraz spotykamy się raz w tygodniu, na wspólny spacer z psem. Zdałam sobie sprawę, że mój strach przed byciem niepotrzebną był gorszy niż samotność.
Nie jestem już tą samą kobietą, która bała się głosu własnego serca. Czasem myślę, czy byłabym w stanie oddać Rufusa, gdyby ktoś zaoferował mu lepszy dom albo gdyby zachorował poważnie, a mnie nie byłoby stać na leczenie. Czy lojalność wobec psa powinna być ważniejsza niż własny komfort? A ty – na co byłbyś w stanie się zdobyć, by nie zawieść kogoś, kto ci zaufał?