„Kiedy Borys zaplątał się w smycz na środku przejścia, poczułam, jak mój świat znowu się wali — a za nami już krzyczał zirytowany kierowca”

Borys zaplątał się w smycz na środku przejścia dla pieszych, a samochód zatrzymał się tuż przy mojej nodze, z piskiem opon i klaksonem przebijającym się przez zimowy poranek. Poczułam, jak adrenalina ścina mi krew w żyłach, a potem — wstyd, bo już wiedziałam, że nie mam prawa tu być. Wróciłam do Łodzi po latach, tylko dlatego, że nie miałam innego wyjścia; nie dla matki, nie dla brata, nie dla siebie — dla psa, którego wzięłam pod blokiem i z którym od razu miałam kłopoty.

Nie miałam żadnych złudzeń, że będzie łatwo. Matka nie odebrała, kiedy zadzwoniłam pierwszy raz. Nie chciałam przekroczyć jej progu, ale zima była wyjątkowo ostra — mróz szczypał w policzki, a wiatr niósł przez blokowisko zapach frytury i spalenizny zmieszany z odorem psiej sierści, przesiąkniętej śniegiem i kurzem. Borys trząsł się, kiedy zaprowadziłam go do naszej starej klatki, gdzie sąsiadka patrzyła na nas z podejrzliwością. „Z psem? Tutaj?” — rzuciła, zanim zamknęła swoje drzwi na dwa zamki.

Nie planowałam wracać na Bartoka. Po liceum po prostu spakowałam torbę i zniknęłam, nie żegnając się. Matka była wtedy jak wulkan — jej gniew wybuchał przez każdą wiadomość, którą mi wysyłała: że to przeze mnie brat zachorował, że nie pomagam, że pewnie lepiej by było, gdybym się nie urodziła. Przez lata nosiłam te słowa jak brudną bluzę — lepki wstyd i poczucie winy, które nie schodziły nawet po dziesiątym praniu.

Borys trafił do mnie przez przypadek — miało być tylko kilka dni, bo znajoma z pracy wyjeżdżała nagle do szpitala. Zgodziłam się niechętnie. On od razu narobił zamieszania: pogryzł buty współlokatorce, zasikał łóżko, a na spacerach ciągnął mnie przez mokry śnieg pod każdą bramę. Kiedy właścicielka nie wróciła po miesiącu, a potem napisała, że nie może go odebrać przez długi szpitalne, zostałam z nim sama. Wynajmująca pokręciła nosem na psa, podniosła mi czynsz i powiedziała, że jeszcze jedno przewinienie i wylatuję. Próbowałam znaleźć mu dom przez ogłoszenia, ale nikt nie chciał brązowego, szorstkowłosego kundla z kulawą łapą i lękiem separacyjnym. Ostatecznie straciłam pracę, bo nie przyszłam na dwie zmiany — nie miałam z kim go zostawić, a weterynarza nie było stać nawet na witaminy, o leczeniu łapy nie wspominając.

Gdy zima weszła w drugą fazę i zabrakło mi pieniędzy na opłaty, musiałam wrócić — z psem, bo nie miałam go komu oddać. Przeklinałam wtedy i siebie, i Borysa, i cały świat. Wtedy na klatce natknęłam się na mamę. Pachniała starą kawą i papierosami, jej głos był chrapliwy, a twarz wykrzywiona złością. „Z psem?! Przecież tu nie wolno!” — syknęła. Bałam się, że mnie wygoni, ale zamiast tego kazała mi spać w pokoju brata, który i tak od miesięcy leżał w szpitalu.

Borys wgryzł się w materac i oddychał ciężko całą noc, drżąc — miałam wrażenie, że słyszę jego serce przy swoim uchu. Pachniał mokrą ziemią i czymś nieokreślonym, co przypominało mi zapach starego szalika brata. Przez pierwsze dni czułam tylko zmęczenie i irytację: musiałam wyprowadzać psa, znosić pretensje matki i wdychać kurz, który wsiąkł w meble. Sąsiadka na klatce wrzucała mi ulotki weterynarza, ale każda wizyta to koszt, na który nas nie stać.

Borys był moim obowiązkiem, ale też przepustką: kiedy zaczęliśmy codziennie wychodzić na spacery, spotkałam panią Halinę z parteru. „Może twój pies pobawi się z moją Luną?” — zapytała, a ja po raz pierwszy od lat poczułam, że ktoś mówi do mnie bez wyrzutu. Borys, choć niezgrabny i nieufny, zaczynał powoli merdać ogonem na widok innych psów. Z czasem przestałam się bać, że wszyscy patrzą na mnie przez pryzmat rodzinnej historii. Któregoś dnia mama zapytała, czy mogłabym odwiedzić z nią brata — tylko dlatego, że „musi coś załatwić”, ale wiedziałam, że chodzi o coś więcej. Borys, jakby wyczuwając napięcie, tulił się do mojej nogi, a ja pierwszy raz od dawna nie pokłóciłam się z matką w drodze do szpitala.

Wiosną, kiedy śnieg odszedł, a powietrze pachniało rozgrzaną ziemią i wilgotnymi liśćmi, Borys zaczął chorować. Coraz częściej kaszlał, spał długo, a jego sierść wypadała garściami. Nie miałam pieniędzy na badania. Matka, która przez miesiące narzekała na brud i sierść, nagle sama wyniosła psa do ogródka działkowego, żeby poczuł słońce. Patrzyłam, jak głaszcze go niezdarnie, a Borys oddycha wolno, cicho — jakby każdy wdech był walką. Po raz pierwszy zapłakałam przy nim, dotykając jego chropowatego grzbietu. Czułam, jak drży, jakby chciał mi powiedzieć, że rozumie wszystko, czego nie da się powiedzieć słowami.

Odszedł kilka tygodni później, w nocy. Byłam przy nim do końca — trzymałam jego łapę i czułam, jak stopniowo stygnie. Pachniał wtedy bardziej ziemią niż życiem. Pochowałyśmy go z mamą na działce, bez słowa. Długo potem nie rozmawiałyśmy, ale przez ten czas coś się zmieniło: nie wracały już gniewne wiadomości, a ja zaczęłam odwiedzać brata w szpitalu, choć nie miałam obowiązku. Zaczęłam też rozmawiać z sąsiadką — już nie tylko o psach, ale i o życiu, o tym, jak ciężko jest wrócić tam, skąd się uciekło.

Borys zmusił mnie do podjęcia trzech decyzji, których nie cofnę: wróciłam do domu, zaczęłam rozmawiać z matką i pogodziłam się z częścią swojej winy. Czy żałuję? Nadal nie wiem. Czasem wracam myślami do tamtej nocy na przejściu — i do chwili, gdy pierwszy raz poczułam pod palcami prawdziwe ciepło. Czy to możliwe, że pies może nauczyć nas więcej o przebaczeniu niż najbliżsi?