Zwycięstwo wśród burzy: Jak z bezdomnej stałam się głosem naszej społeczności

— Nie wracaj tu więcej, Anka! — krzyczał ojciec, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż zadrżały szyby. Stałam na klatce schodowej z walizką w ręku, a łzy spływały mi po policzkach. Był listopad, zimny wiatr wciskał się pod kurtkę, a ja nie miałam dokąd pójść. Mama patrzyła na mnie zza firanki, ale nie otworzyła drzwi. Wtedy po raz pierwszy poczułam się naprawdę sama.

Nie byłam święta. Zawiodłam rodziców — rzuciłam studia, wpadłam w złe towarzystwo, zadłużyłam się. Ale czy naprawdę zasłużyłam na to, by zostać wyrzuconą z domu? Przez pierwsze dni spałam u znajomych, potem już tylko na dworcu Warszawa Centralna. Tam nauczyłam się, jak wygląda życie tych, których mijamy codziennie, nie patrząc im w oczy.

Pamiętam pierwszą noc na ławce. Obok mnie spała starsza kobieta, pani Zosia. — Nie śpij z głową na torbie — szepnęła. — Ukradną ci wszystko. — Miała rację. Rano obudziłam się bez portfela. Zostało mi tylko kilka drobnych i stara kurtka.

Przez kolejne tygodnie żyłam z dnia na dzień. Czasem ktoś dał mi kanapkę, czasem znalazłam coś w śmietniku. Najgorsze były noce — zimno, strach przed innymi bezdomnymi i policją. Raz pobili mnie chłopaki spod mostu, bo nie chciałam oddać im butów. Innym razem ktoś próbował mnie okraść, kiedy spałam na przystanku.

Wtedy poznałam Marka. Był starszy ode mnie o dziesięć lat, miał za sobą więzienie i rozwód. — Musisz nauczyć się walczyć o siebie — powiedział mi pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy razem pod mostem Poniatowskiego. — Ale nie możesz zatracić człowieczeństwa.

To on pokazał mi jadłodajnię przy kościele św. Jacka. Tam pierwszy raz od miesięcy zjadłam ciepły posiłek i poczułam się jak człowiek. Siostry zakonne patrzyły na mnie z troską, a jedna z nich — siostra Teresa — zaproponowała mi rozmowę. — Każdy zasługuje na drugą szansę — powiedziała cicho. — Ale musisz sama jej chcieć.

Zaczęłam przychodzić tam codziennie. Pomagałam w kuchni, sprzątałam stołówkę, rozmawiałam z innymi bezdomnymi. Z czasem siostra Teresa zaproponowała mi nocleg w schronisku dla kobiet. To był pierwszy krok do nowego życia.

Nie było łatwo. W schronisku panowały swoje zasady: cisza nocna, zakaz alkoholu, obowiązkowe sprzątanie. Często dochodziło do kłótni między kobietami — każda miała swoją historię, swoje traumy i lęki. Najtrudniej było mi zaakceptować własne błędy i wybaczyć rodzicom.

Pewnego dnia przyszła do schroniska młoda dziewczyna, Magda. Miała siedemnaście lat i była przerażona światem. Przypomniała mi mnie samą sprzed roku. — Nie dam rady tu żyć — płakała w nocy do poduszki. Usiadłam przy niej i zaczęłam opowiadać swoją historię. Po raz pierwszy poczułam, że mogę komuś pomóc.

Z czasem zaczęłyśmy organizować spotkania dla innych kobiet — rozmawiałyśmy o naszych problemach, dzieliłyśmy się jedzeniem i ubraniami. Wspólnie pisałyśmy listy do rodzin, szukałyśmy pracy i mieszkania. Powoli rodziła się między nami wspólnota.

Po dwóch latach dostałam propozycję pracy w nowo powstałym centrum wsparcia dla osób bezdomnych na Pradze. Bałam się — czy dam radę? Czy ktoś mnie posłucha? Ale wiedziałam jedno: jeśli ja nie spróbuję, kto inny to zrobi?

Pierwsze miesiące były trudne. Brakowało pieniędzy, wolontariuszy i zaufania ze strony mieszkańców dzielnicy. Wielu ludzi patrzyło na nas z pogardą: „Po co im pomagać? Sami są sobie winni.” Ale ja wiedziałam, jak łatwo można stracić wszystko i jak bardzo potrzebna jest druga szansa.

Zaczęliśmy od małych rzeczy: ciepłe posiłki, czysta odzież, rozmowy przy herbacie. Potem pojawiły się warsztaty — jak napisać CV, jak rozmawiać z urzędnikami, jak radzić sobie ze stresem. Z czasem coraz więcej osób zaczęło do nas przychodzić nie tylko po pomoc materialną, ale też po wsparcie psychiczne.

Najbardziej wzruszającym momentem był dzień, kiedy przyszła do mnie mama Magdy — tej dziewczyny ze schroniska. Płakała i dziękowała mi za to, że jej córka wróciła do domu i zaczęła nowe życie. Wtedy zrozumiałam, że to wszystko ma sens.

Dziś prowadzę centrum wsparcia dla osób bezdomnych na Pradze-Północ. Mam własny pokój, pracuję z ludźmi takimi jak ja kiedyś — zagubionymi, zranionymi przez życie, ale pełnymi nadziei na lepsze jutro. Czasem odwiedzają mnie rodzice; powoli odbudowujemy naszą relację.

Często pytam siebie: czy gdyby wtedy ojciec nie wyrzucił mnie z domu, byłabym dziś tym kim jestem? Czy musiałam przejść przez piekło ulicy, żeby nauczyć się pomagać innym? Może każdy z nas potrzebuje czasem upaść bardzo nisko, żeby potem móc podać rękę komuś innemu?

A wy? Czy potrafilibyście spojrzeć bezdomnemu w oczy i zobaczyć w nim człowieka?