„To tylko rodzina, przecież znajdziesz jeszcze jednego kotleta dla siostrzeńca” — historia o tym, jak rodzina potrafi ranić najmocniej
– „To tylko rodzina, przecież znajdziesz jeszcze jednego kotleta dla siostrzeńca” – usłyszałam przez telefon głos mojej młodszej siostry, Marty. W jej tonie było coś, co zawsze mnie drażniło – ta lekkość, z jaką traktowała moje życie i moje granice. Stałam w kuchni, wpatrując się w patelnię, na której smażyły się cztery kotlety schabowe. Cztery – dokładnie tyle, ile nas miało być na obiedzie: ja, mój mąż Tomek, nasza córka Ola i mój ojciec.
– Marto, mówiłam ci już, że nie dam rady dzisiaj nikogo więcej przyjąć. Mam tylko cztery kotlety, a sklep już zamknięty – odpowiedziałam, starając się nie podnosić głosu.
– Ależ Anka, przecież to tylko jeden mały chłopiec! Bartek zje połowę i już. No proszę cię, nie bądź taka sztywna. Przecież zawsze mówiłaś, że rodzina jest najważniejsza – usłyszałam w odpowiedzi.
Zacisnęłam palce na uchwycie patelni. W głowie pulsowało mi jedno pytanie: dlaczego zawsze to ja mam się naginać? Dlaczego to ja mam być tą „dobrą córką”, „dobrą siostrą”, „dobrą matką”? Czy naprawdę jestem winna rodzinie wszystko?
Marta zawsze była tą beztroską. Kiedy ja musiałam zrezygnować z wymarzonych studiów w Krakowie, żeby zostać w domu i opiekować się chorą mamą, ona wyjechała do Warszawy na dziennikarstwo. Zawsze miała szczęście – trafiała na ludzi, którzy jej pomagali, a kiedy coś szło nie tak, dzwoniła do mnie. Tak było i tym razem.
– Anka, przeprowadzam się do Gdańska. Znalazłam pracę w radiu! Ale muszę wyjechać już za tydzień. Bartek zostanie u ciebie na dwa miesiące, dobrze? Tata przecież nie da rady się nim zająć.
Poczułam, jak serce mi zamiera. Dwa miesiące? Z Bartkiem? Przecież on ma ADHD, wymaga stałej uwagi i terapii. Moja córka Ola ledwo radzi sobie z własnymi emocjami po śmierci babci. Mój mąż pracuje na zmiany. Ja sama ledwo trzymam się na nogach po ostatnim wypaleniu zawodowym.
– Marto… nie wiem, czy dam radę – zaczęłam ostrożnie.
– Dasz radę! Jesteś najlepszą siostrą na świecie! – przerwała mi Marta i zanim zdążyłam zaprotestować, rozłączyła się.
Patrzyłam przez chwilę na telefon jak ogłuszona. W kuchni pachniało smażonym mięsem i cebulą. Za oknem padał deszcz. Czułam się tak samotna jak nigdy wcześniej.
Wieczorem powiedziałam Tomkowi o planach Marty.
– I co zamierzasz zrobić? – zapytał spokojnie.
– Nie wiem… Przecież nie mogę jej odmówić. To moja siostra.
Tomek spojrzał na mnie z troską.
– Anka, a kiedy ty wreszcie pomyślisz o sobie? Przecież Marta zawsze tak robi. Zrzuca wszystko na ciebie i znika.
Westchnęłam ciężko. Wiedziałam, że ma rację. Ale jak powiedzieć „nie” komuś, kto jest twoją rodziną?
Następnego dnia Marta przyjechała z Bartkiem. Chłopiec wbiegł do mieszkania jak huragan – przewrócił kwiatek na parapecie, rozlał sok na dywan i zaczął krzyczeć na Olę, bo nie chciała mu oddać swojego tabletu.
– Bartek! Uspokój się! – próbowałam go okiełznać, ale on tylko spojrzał na mnie z wyrzutem.
– Mama pozwala mi grać ile chcę! – wrzasnął i uciekł do pokoju Oli.
Marta wzruszyła ramionami.
– On taki już jest… Ale dasz sobie radę. Jesteś taka odpowiedzialna! – powiedziała i uśmiechnęła się szeroko.
Przez kolejne dni moje życie zamieniło się w chaos. Bartek nie chciał jeść niczego poza parówkami i frytkami. Ola płakała codziennie wieczorem, bo Bartek zabierał jej zabawki i wyśmiewał jej rysunki. Tomek coraz częściej wychodził z domu pod pretekstem nadgodzin.
Któregoś wieczoru usiadłam na łóżku i rozpłakałam się jak dziecko. Czułam się bezradna i opuszczona. Zadzwoniłam do taty.
– Tato… nie daję rady – wyszeptałam.
– Aniu… wiem, że jest ci ciężko. Ale Marta zawsze była taka… Ty jesteś silniejsza – powiedział cicho.
Poczułam złość. Dlaczego wszyscy zakładają, że jestem silniejsza? Dlaczego nikt nie widzi mojego zmęczenia?
Tego samego dnia Ola wróciła ze szkoły zapłakana.
– Mamo… Bartek powiedział wszystkim w klasie, że jestem głupia i że śmierdzę! – szlochała.
Przytuliłam ją mocno.
– Kochanie… Bartek jest trudny, ale to nie twoja wina.
Ale w środku czułam narastającą frustrację. Zaczęłam mieć żal do Marty – za jej lekkomyślność, za to że nigdy nie pytała mnie o zdanie, tylko stawiała przed faktem dokonanym.
Po miesiącu byłam wrakiem człowieka. W pracy popełniałam błędy, szefowa wezwała mnie na rozmowę dyscyplinującą. W domu panował chaos i napięcie. Ola zaczęła mieć problemy ze snem i moczyć się w nocy.
W końcu zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do Marty.
– Marto… musisz wrócić po Bartka. Ja już nie daję rady.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Anka… ale ja dopiero zaczynam nową pracę! Nie możesz mi tego zrobić!
– A ty możesz mi to robić? – zapytałam drżącym głosem.
Marta zaczęła płakać.
– Zawsze byłaś tą silną… Ja nie umiem sobie poradzić sama!
Poczułam mieszankę współczucia i gniewu.
– Może czas się nauczyć – powiedziałam cicho i rozłączyłam się.
Następnego dnia Marta przyjechała po Bartka. Była blada i zapuchnięta od płaczu. Nie patrzyłyśmy sobie w oczy podczas pożegnania.
Kiedy drzwi zamknęły się za nimi, poczułam ulgę… i ogromne poczucie winy. Ola przytuliła się do mnie mocno.
– Mamo… już nigdy więcej?
Pogłaskałam ją po głowie.
– Już nigdy więcej – obiecałam jej (i sobie).
Minęły dwa lata od tamtej sytuacji. Nasze relacje z Martą są chłodne. Czasem dzwoni do taty, czasem wysyła mi SMS-a na święta. Często zastanawiam się: czy zrobiłam dobrze? Czy powinnam była bardziej pomóc siostrze? Czy rodzina naprawdę oznacza poświęcenie siebie bez granic?
A może czasem trzeba postawić siebie na pierwszym miejscu? Jak wy byście postąpili na moim miejscu?