Kiedy los zadecyduje – Historia Weroniki i Michała

– Wiesiu, no cóż ty tam tak grzebiesz się! – krzyknął Michał, stojąc już na schodach przed moim domem. Jego głos był zniecierpliwiony, ale w oczach widziałam troskę. Wybiegłam w końcu, jeszcze poprawiając szalik. – Chodziliśmy do tej samej klasy od podstawówki, a on zawsze czekał na mnie przed domem. – Spóźnimy się do szkoły – dodał, patrząc na zegarek. – Mama nalała gorącej herbaty, mało się nie oparzyłam – odpowiedziałam, próbując ukryć drżenie rąk. – Musiała ostygnąć. Nie spóźnimy się, niedaleko mamy.

Szliśmy szybko przez osiedle, mijając szare bloki i ślady śniegu na chodniku. W powietrzu czuć było napięcie – nie tylko przez poranny pośpiech. Ostatnio w domu było coraz gorzej. Tata wracał późno z pracy, mama chodziła zamyślona i coraz częściej płakała w kuchni, myśląc, że nikt nie widzi. Michał czasem pytał, czy wszystko w porządku, ale co miałam mu powiedzieć? Że boję się wracać do domu? Że czasem marzę, żeby zasnąć i się nie obudzić?

– Weronika, co jest? – zapytał nagle Michał, łapiąc mnie za rękaw kurtki. – Jesteś jakaś nieobecna.

– Nic… po prostu nie spałam dobrze – skłamałam.

W szkole wszystko wydawało się łatwiejsze. Tam byłam tylko Weroniką z 2B, tą od dobrych ocen i śmiesznych rysunków na marginesach zeszytów. Nauczyciele mnie lubili, koleżanki zazdrościły przyjaźni z Michałem. Ale kiedy dzwonek oznajmiał koniec lekcji, wracała rzeczywistość.

Tego dnia po południu mama czekała na mnie w kuchni. Siedziała przy stole z kubkiem zimnej już herbaty.

– Weronika, musimy porozmawiać – zaczęła cicho.

Serce mi zamarło. Wiedziałam, co to znaczy. Znowu kłótnia z tatą? Kolejna decyzja podjęta za moimi plecami?

– Tata… wyjeżdża na jakiś czas do Niemiec – powiedziała po chwili ciszy. – Musi zarobić na spłatę kredytu.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. W głowie miałam mętlik. Z jednej strony ulga – może w domu będzie spokojniej? Z drugiej strach – co będzie dalej?

Wieczorem zadzwoniłam do Michała.

– Słuchaj, tata wyjeżdża… Nie wiem na jak długo.

– Może to i lepiej? – odpowiedział ostrożnie. – Może twoja mama trochę odetchnie.

– Ale co ze mną? Co z nami? – zapytałam cicho.

Michał milczał przez chwilę.

– Weronika… zawsze możesz na mnie liczyć.

To jedno zdanie sprawiło, że poczułam się trochę lżej. Ale wiedziałam, że to dopiero początek zmian.

Przez kolejne tygodnie mama była jak cień samej siebie. Pracowała więcej niż zwykle, wracała późno i prawie nie rozmawiałyśmy. Ja zajęłam się nauką i pomagałam w domu jak mogłam. Michał był moją jedyną odskocznią od codzienności.

Pewnego dnia po lekcjach spotkaliśmy się w parku.

– Weronika, muszę ci coś powiedzieć – zaczął Michał niespokojnie.

– Co się stało?

– Moi rodzice chcą się przeprowadzić do Warszawy… Tata dostał awans.

Poczułam, jak świat mi się wali. Michał był jedyną osobą, której ufałam bezgranicznie. Teraz miał odejść?

– Kiedy? – zapytałam szeptem.

– Za dwa miesiące…

Nie potrafiłam powstrzymać łez. Michał przytulił mnie mocno.

– Obiecuję, że będziemy w kontakcie. To nie koniec świata.

Ale dla mnie to był koniec mojego świata.

W domu mama zauważyła moje rozbicie.

– Weronika… wiem, że ci ciężko. Ale musisz być silna. Dla siebie.

Chciałam jej powiedzieć, że mam już dość bycia silną. Że czasem chciałabym być po prostu dzieckiem i nie martwić się o jutro. Ale słowa ugrzęzły mi w gardle.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. W domu panowała cisza przerywana tylko dźwiękiem telewizora i stukotem garnków w kuchni. Tata dzwonił rzadko, rozmowy były krótkie i pełne niezręczności.

W Wigilię usiadłyśmy z mamą przy stole we dwie. Pusty talerz dla nieobecnego taty przypominał mi o wszystkim, czego brakowało w naszym życiu: spokoju, bezpieczeństwa, miłości.

Po kolacji poszłam do swojego pokoju i długo patrzyłam przez okno na śnieg spadający na podwórko. Wtedy zadzwonił telefon.

– Weronika? To ja… Michał.

Usłyszałam jego głos i poczułam ulgę.

– Wesołych Świąt – powiedział cicho.

– Wesołych… tęsknię za tobą – wyszeptałam.

– Ja też… Ale pamiętaj, jesteś silniejsza niż myślisz.

Te słowa powtarzałam sobie przez kolejne dni jak mantrę. Z czasem nauczyłam się radzić sobie sama: pomagałam mamie, uczyłam się jeszcze więcej i zaczęłam rysować swoje uczucia w szkicowniku.

Minęło kilka miesięcy. Michał wyjechał do Warszawy, kontaktowaliśmy się coraz rzadziej. Tata wrócił z Niemiec zmieniony: milczący, zamknięty w sobie. Mama próbowała ratować rodzinę, ale czułam, że coś pękło na zawsze.

Pewnego dnia znalazłam w szufladzie list od taty do mamy. Przeczytałam go ukradkiem i dowiedziałam się prawdy: tata miał kogoś za granicą. Wszystko nagle stało się jasne: jego obojętność, wyjazdy, milczenie.

Wieczorem zebrałam się na odwagę i porozmawiałam z mamą.

– Mamo… wiem o wszystkim. Przepraszam, że czytałam ten list… Ale nie mogę już udawać, że nic się nie dzieje.

Mama rozpłakała się i pierwszy raz od dawna przytuliła mnie mocno.

– Przepraszam cię za wszystko… Chciałam cię chronić przed tym światem.

Tamtej nocy długo rozmawiałyśmy o wszystkim: o strachu przed samotnością, o zdradzie taty, o tym jak trudno być dorosłym nawet wtedy, gdy jest się jeszcze dzieckiem.

Dziś wiem jedno: życie potrafi być okrutne i niesprawiedliwe. Ale potrafi też dawać siłę tam, gdzie jej najmniej oczekujemy. Czy można wybaczyć komuś tak wielką zdradę? Czy można jeszcze zaufać ludziom po tym wszystkim?

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: kim jestem dzisiaj dzięki tym wszystkim doświadczeniom? Może właśnie wtedy los naprawdę decyduje za nas…