Głodna sąsiadka, która nigdy nie zaznała spokoju: Opowieść z sarajewskiego podwórka
— Mamo, dlaczego Amra znowu płacze? — zapytałem, stojąc w kuchni przy oknie, przez które widziałem podwórko i obdrapane drzwi mieszkania Dżemalovićów. Moja matka tylko westchnęła, nie odrywając wzroku od garnka z zupą. Wiedziałem, że nie odpowie. W naszym domu o sąsiadach mówiło się szeptem, jakbyśmy bali się, że nasze współczucie może im jeszcze bardziej zaszkodzić.
Byłem wtedy dzieckiem, może miałem osiem lat. Mieszkanie na trzecim piętrze starej kamienicy w Sarajewie było naszym całym światem. Po drugiej stronie korytarza mieszkała rodzina Dżemalović: ojciec Emir, matka Sabina i ich córka Amra. Emir był kiedyś szanowanym mechanikiem, ale wojna zabrała mu wszystko — pracę, dumę i resztki nadziei. Został mu tylko alkohol i gniew. Sabina była cicha jak cień; kiedyś podobno śmiała się najgłośniej na całym podwórku, ale ja nigdy tego nie słyszałem.
Amra była moją rówieśniczką. Miała wielkie, ciemne oczy i zawsze była głodna. Czasami przynosiłem jej kawałek chleba albo jabłko, które ukradkiem wyciągałem z naszej kuchni. — Nie mów nikomu — szeptała, chowając jedzenie do kieszeni. — Tata się zdenerwuje.
Pamiętam pewien zimowy wieczór, gdy usłyszałem krzyki zza ściany. Emir wrócił pijany do domu i zaczął wyzywać Sabinę. Słyszałem tłuczone szkło i płacz Amry. Moja matka ścisnęła mnie za rękę tak mocno, że aż zabolało. — Nie mieszaj się — powiedziała cicho. — To nie nasza sprawa.
Ale jak to nie nasza sprawa? Przecież słyszałem każdy ich krzyk, każdy szloch Amry. Widziałem ją rano na klatce schodowej, jak próbowała ukryć siniaki pod rękawem swetra. Widziałem Sabinę, jak z opuszczoną głową szła po chleb na kartki, zawsze za mało dla trzech osób.
Z czasem nauczyłem się rozpoznawać dźwięki zza ściany: stukot pustych butelek, szelest papierów po tanim winie, cichy szloch Sabiny nocą. Czułem się winny za każdy kęs chleba, który jadłem bez dzielenia się z Amrą. Czułem się winny za to, że miałem ojca, który wracał do domu trzeźwy i matkę, która potrafiła się jeszcze uśmiechać.
Pewnego dnia Amra nie przyszła do szkoły. Nauczycielka zapytała mnie o nią, ale nie wiedziałem, co powiedzieć. Po lekcjach pobiegłem pod ich drzwi. Usłyszałem tylko ciszę. Dopiero wieczorem zobaczyłem Sabinę na klatce schodowej — wyglądała na jeszcze bardziej przezroczystą niż zwykle. — Amra jest chora — powiedziała cicho i odwróciła wzrok.
Przez kilka dni nie widziałem Amry. W końcu pojawiła się na podwórku — wychudzona, z podkrążonymi oczami. Usiadła obok mnie na ławce i przez chwilę milczeliśmy.
— Boję się wracać do domu — wyszeptała nagle. — Tata znowu pił.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Chciałem ją przytulić, ale bałem się, że ktoś zobaczy i doniesie Emirze. Zamiast tego wyjąłem z kieszeni kawałek czekolady i podałem jej bez słowa.
Z czasem nauczyliśmy się rozmawiać bez słów: spojrzeniem, gestem, uśmiechem. Wiedziałem, kiedy Amra jest głodna, kiedy jest smutna, kiedy boi się wracać do domu. Ale nigdy nie potrafiłem jej pomóc naprawdę.
Minęły lata. Wojna się skończyła, ale bieda została. Emir coraz częściej znikał na całe noce; czasem wracał pobity, czasem w ogóle nie wracał przez kilka dni. Sabina pracowała dorywczo jako sprzątaczka w pobliskim szpitalu, ale zarabiała grosze.
Amra dorastała szybciej niż ja. Już jako nastolatka zaczęła pracować po szkole — sprzątała klatki schodowe, roznosiła ulotki, czasem pomagała w sklepie spożywczym za kilka marek dziennie. Zawsze była zmęczona i coraz bardziej zamknięta w sobie.
Pewnego dnia zobaczyłem ją płaczącą na ławce przed blokiem. Usiadłem obok niej i zapytałem:
— Co się stało?
— Mama jest w szpitalu — odpowiedziała drżącym głosem. — Tata… Tata ją pobił.
Nie wiedziałem, co zrobić. Chciałem pobiec do mojego ojca i poprosić go o pomoc, ale wiedziałem, że to nic nie zmieni. W Sarajewie wszyscy wiedzieli o przemocy domowej, ale nikt nie chciał się mieszać.
Sabina wróciła ze szpitala po kilku tygodniach — jeszcze bardziej cicha i złamana niż wcześniej. Amra przestała chodzić do szkoły; musiała opiekować się matką i zarabiać na jedzenie.
Wkrótce potem Emir zniknął na dobre. Mówiono, że wyjechał do Niemiec za pracą albo że został zamordowany podczas jednej z pijackich bójek. Nikt nie płakał po nim ani go nie szukał.
Amra została sama z matką i głodem. Próbowałem jej pomagać — przynosiłem jedzenie, czasem pieniądze od mojej matki. Ale to było za mało.
Pewnej nocy usłyszałem cichy płacz zza ściany. Poszedłem pod ich drzwi i zapukałem delikatnie.
— Amra? To ja… Michał.
Drzwi otworzyły się powoli. Amra stała w progu — wychudzona, z oczami pełnymi łez.
— Nie damy już rady — wyszeptała.
Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem w niej dorosłą kobietę — zmęczoną życiem i pozbawioną nadziei.
Kilka miesięcy później wyjechałem na studia do Krakowa. Zostawiłem Sarajewo za sobą, ale wspomnienie Amry nigdy mnie nie opuściło.
Czasami zastanawiam się, co by było, gdybym wtedy odważył się zrobić więcej: zadzwonić po pomoc, porozmawiać z nauczycielką albo choćby przytulić Amrę mocniej tamtego dnia na ławce.
Czy mogłem uratować jej dzieciństwo? Czy mogłem uratować ją samą?
Do dziś noszę w sobie to poczucie winy i bezsilności. Może każdy z nas ma swoją Amrę za ścianą — tylko czy potrafimy wyciągnąć do niej rękę zanim będzie za późno?