Wyrzucona z domu za ciążę: Po latach rodzice wrócili po pomoc. Czy można wybaczyć wszystko?
– Nie wracaj tu więcej, rozumiesz? – głos mamy drżał, ale jej spojrzenie było twarde jak stal. Stałam w przedpokoju z walizką, a tata nawet nie podniósł wzroku znad gazety. Miałam siedemnaście lat i byłam w trzecim miesiącu ciąży. W głowie huczało mi jedno pytanie: jak można tak po prostu wyrzucić własne dziecko?
Pamiętam, jak szłam wtedy przez osiedle na Pradze, ściskając telefon w dłoni. Dzwoniłam do Piotra – mojego chłopaka, ojca dziecka. Odebrał od razu.
– Ola? Co się stało?
– Wyrzucili mnie. Nie mam gdzie iść.
Cisza po drugiej stronie była długa. Potem tylko: – Przyjedź do mnie. Zaraz pogadam z mamą.
Piotr mieszkał z matką w dwupokojowym mieszkaniu na Grochowie. Jego ojciec zmarł kilka lat wcześniej. Jego mama, pani Teresa, była kobietą twardą, ale miała w sobie coś, czego brakowało moim rodzicom – serce. Przyjęła mnie bez słowa wyrzutu. „Dziecko to nie koniec świata”, powiedziała tylko i podała mi herbatę.
Z Piotrem musieliśmy dorosnąć w jedną noc. On rzucił technikum i poszedł do pracy na budowę. Ja skończyłam liceum zaocznie, z brzuchem coraz większym i coraz większym strachem o przyszłość. Przez pierwsze miesiące spałam na rozkładanej kanapie w kuchni. Pani Teresa pomagała mi przy wszystkim – od gotowania po wizyty u lekarza.
Kiedy urodziła się Zosia, miałam wrażenie, że świat się zatrzymał. Patrzyłam na jej maleńką twarz i obiecałam sobie, że nigdy nie zrobię jej tego, co moi rodzice zrobili mnie.
Przez kolejne lata walczyliśmy o każdy dzień. Piotr pracował na dwóch etatach, ja dorabiałam sprzątaniem i korepetycjami. Z czasem udało nam się wynająć własne mieszkanie – małe, ale nasze. Zosia rosła otoczona miłością, choć pieniędzy zawsze brakowało.
Moi rodzice? Przez dziesięć lat nie odezwali się ani słowem. Ani jednego telefonu na święta, żadnej kartki na urodziny wnuczki. Czasem widywałam ich przypadkiem na ulicy – odwracali wzrok.
Z czasem przestało boleć. Zbudowałam wokół siebie mur i nauczyłam się żyć bez nich. Piotr był moją rodziną, pani Teresa drugą matką.
Aż pewnego dnia wszystko się zmieniło.
Był listopadowy wieczór, padał deszcz. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam ich – moją mamę i tatę. Wyglądali starzej niż ich zapamiętałam. Mama miała zapuchnięte oczy, tata trzymał się ściany jakby zaraz miał upaść.
– Olu… – zaczęła mama cicho. – Możemy wejść?
Zosia bawiła się w pokoju obok, Piotr był jeszcze w pracy. Stałam przez chwilę w progu, nie wiedząc co zrobić. Wpuściłam ich do środka.
Usiedli przy stole jak obcy ludzie. Mama zaczęła płakać.
– Tata jest chory… Rak trzustki… Potrzebujemy pomocy… Nie mamy nikogo…
Patrzyłam na nich i czułam, jak we mnie wszystko się gotuje. Przez dziesięć lat nie byli dla mnie rodziną – a teraz przyszli po ratunek?
– Dlaczego przyszliście akurat do mnie? – spytałam zimno.
– Bo jesteś naszą córką… – wyszeptała mama.
– Córką? Przypomnieliście sobie o mnie dopiero teraz?
Tata spuścił głowę. Przez chwilę milczeliśmy wszyscy.
– Wiem, że nie mamy prawa prosić… Ale jesteśmy zdesperowani… – powiedziała mama przez łzy.
Wtedy weszła Zosia.
– Kim są ci państwo? – spytała cicho.
– To… twoi dziadkowie – odpowiedziałam po chwili wahania.
Zosia spojrzała na nich z ciekawością i nieśmiałością dziecka, które nigdy nie widziało tych ludzi wcześniej.
Tamtego wieczoru nie spałam całą noc. Piotr wrócił późno i długo rozmawialiśmy.
– Co zamierzasz zrobić? – zapytał cicho.
– Nie wiem… Chciałabym im pomóc, ale czuję taki żal…
– Może czasem trzeba wybaczyć? Dla siebie?
Przez kolejne dni odwiedzałam tatę w szpitalu. Był słaby, schudł, patrzył na mnie jakby chciał coś powiedzieć, ale brakowało mu odwagi albo siły.
Pewnego dnia usiadłam przy jego łóżku i zapytałam:
– Dlaczego mnie wyrzuciliście?
Tata długo milczał.
– Bałem się… Byłem tchórzem… Myślałem, że tak będzie lepiej dla wszystkich… Ale myliłem się.
Poczułam łzy pod powiekami. Po raz pierwszy od lat pozwoliłam sobie na płacz przy nim.
Pomogłam im tyle, ile mogłam – załatwiłam opiekę dla taty, wspierałam mamę psychicznie i finansowo. Ale rana została.
Dziś wiem jedno: wybaczenie nie jest łatwe ani oczywiste. Czasem trzeba lat, by odnaleźć w sobie siłę do rozmowy i przebaczenia. Ale czy można zapomnieć o wszystkim? Czy rodzina to tylko więzy krwi?
Czasem patrzę na Zosię i zastanawiam się: czy ja byłabym zdolna do takiego odrzucenia własnego dziecka? Czy potrafiłabym wybaczyć tak jak oni proszą o wybaczenie mnie?