Moja teściowa przyszła na mój ślub w bieli – ale to ja miałam ostatnie słowo

– Naprawdę przyszłaś w białej sukni? – zapytałam, czując jak głos więźnie mi w gardle. Stałam w korytarzu domu weselnego, z bukietem w dłoni, a naprzeciwko mnie – Grażyna, moja teściowa. Jej suknia była śnieżnobiała, z koronką i trenem, niemal identyczna jak moja. Goście już szeptali, a ja czułam, jak rumieniec wstydu rozlewa mi się po policzkach.

Grażyna uniosła podbródek i uśmiechnęła się chłodno. – Przecież mówiłam, że nie lubię kolorów. Poza tym, biel pasuje do wszystkiego – rzuciła lekko, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.

Spojrzałam na Bartka. Stał obok, z rękami w kieszeniach, wzrok wbity w podłogę. – Bartek, powiedz coś…

Wzruszył ramionami. – Mamo już nie zmienisz. Daj spokój, nie psuj sobie dnia.

Nie psuj sobie dnia? Czy on naprawdę tego nie rozumie? Przez całe narzeczeństwo Grażyna dawała mi do zrozumienia, że nigdy nie będę dla niej wystarczająco dobra. Zawsze miała jakieś uwagi: a to za słabo gotuję, a to za mało zarabiam, a to nie umiem zadbać o jej syna tak jak ona. Ale dzisiaj… dzisiaj przeszła samą siebie.

Goście zaczęli się schodzić do sali. Widziałam spojrzenia ciotek i kuzynów Bartka, słyszałam szepty: „Zobacz, Grażyna też w bieli! To chyba nie wypada…”. Moja mama patrzyła na mnie z troską i bezradnością. Tata zaciskał szczęki, gotów wybuchnąć.

Weszliśmy do kościoła. Ksiądz spojrzał na nas z lekkim zdziwieniem. Grażyna usiadła w pierwszym rzędzie i poprawiła tren swojej sukni. Czułam się jak statystka na własnym ślubie.

Podczas składania przysięgi ledwo powstrzymałam łzy. Bartek nawet nie spojrzał mi w oczy. Widziałam tylko Grażynę, która uśmiechała się triumfalnie do gości.

Po ceremonii podeszła do mnie ciocia Jadzia. – Kochanie, nie przejmuj się. Każdy widzi, co ona robi. Ale to twój dzień.

Chciałam jej uwierzyć, ale czułam się upokorzona. Przez całą sesję zdjęciową Grażyna ustawiała się obok nas, poprawiała włosy i pozowała jak panna młoda. Fotograf był wyraźnie zmieszany.

W końcu nadszedł czas wesela. Sala była pięknie udekorowana – białe róże, świece, złote akcenty. Ale wszędzie widziałam tę przeklętą biel Grażyny.

Podczas pierwszego tańca Bartek był spięty. – Przestań się denerwować – szepnął mi do ucha. – To tylko jeden dzień.

– To mój dzień! – syknęłam przez zaciśnięte zęby.

Wtedy coś we mnie pękło. Nie mogłam pozwolić, żeby Grażyna ukradła mi ten moment. Musiałam coś zrobić.

Wyszłam na chwilę do kuchni i poprosiłam kelnerkę o pomoc. – Czy mogłaby pani przynieść dla mnie i dla teściowej lampkę czerwonego wina? – zapytałam słodko.

Kelnerka wróciła po chwili z dwoma kieliszkami pełnymi głębokiego burgunda. Podeszłam do stołu Grażyny i uśmiechnęłam się szeroko.

– Mamusiu, chciałam wznieść z tobą toast za nasze nowe życie rodzinne! – powiedziałam głośno, tak by wszyscy słyszeli.

Grażyna spojrzała na mnie podejrzliwie, ale nie mogła odmówić przy wszystkich. Uniosłyśmy kieliszki.

– Za nas! – powiedziałam i… „przypadkiem” potrąciłam jej rękę tak, że całe czerwone wino wylało się na jej białą suknię.

Sala zamarła. Grażyna zerwała się z krzesła, próbując ratować materiał. Na jej twarzy pojawił się grymas złości i bezradności.

– Ojej! Tak mi przykro! – powiedziałam teatralnie. – To musiało być strasznie niezręczne…

Goście zaczęli szeptać jeszcze głośniej. Ktoś zachichotał nerwowo. Bartek patrzył na mnie z niedowierzaniem.

Grażyna wybiegła do łazienki. Wróciła po pół godzinie w granatowej sukience swojej siostry. Już nikt nie zwracał na nią uwagi.

Wtedy poczułam ulgę. Po raz pierwszy tego dnia poczułam się naprawdę sobą – silną, odważną kobietą, która potrafi walczyć o swoje szczęście.

Wieczorem Bartek podszedł do mnie na tarasie.

– Musiałaś to zrobić? – zapytał cicho.

– Musiałam – odpowiedziałam spokojnie. – Bo jeśli sama o siebie nie zawalczę, nikt tego za mnie nie zrobi.

Spojrzał na mnie długo i pierwszy raz tego dnia zobaczyłam w jego oczach szacunek.

Dziś wiem jedno: czasem trzeba wyjść poza swoją strefę komfortu i postawić granice – nawet jeśli oznacza to konfrontację z rodziną męża. Czy miałam rację? Czy powinnam była zachować się inaczej? A może są sytuacje, kiedy trzeba po prostu walczyć o swoje?