Nasza córka miała prawie czterdzieści stopni gorączki. Mąż wyszedł, bo jego matka potrzebowała pomocy przy firankach

— Nie jedź. Ona ma trzydzieści dziewięć i osiem, Paweł.

Stałam w przedpokoju z termometrem w jednej ręce i miską po wymiotach w drugiej. Zosia wołała mnie z sypialni. Mój mąż wkładał buty, przytrzymując telefon ramieniem.

— Mamo, zaraz będę — powiedział do słuchawki. Dopiero potem spojrzał na mnie. — Przecież dostała lek. Mama sama nie wejdzie na drabinę.

Chodziło o firanki. Zdjęła je do prania, a teraz chciała powiesić przed niedzielną wizytą swojej siostry.

— To niech dzisiaj nie wiszą.

Westchnął, jakbym znowu robiła awanturę o nic.

— Wrócę za godzinę. Nie zaczynaj.

Drzwi zamknęły się cicho. Nawet nimi nie trzasnął. A ja przez chwilę patrzyłam na jego kapcie, równo ustawione pod szafką.

Mieliśmy za sobą osiem lat małżeństwa, pięcioletnią córkę i wynajmowane mieszkanie na obrzeżach Łodzi. Pracowałam w rejestracji przychodni, Paweł był magazynierem. Nie żyliśmy źle, ale każdą większą opłatę trzeba było rozplanować. Nowe opony oznaczały odłożenie dentysty. Wycieczka przedszkolna — mniej zakupów dla nas.

Dla jego mamy pieniądze i czas znajdowały się zawsze.

Teresa owdowiała dwa lata po naszym ślubie. Wtedy sama mówiłam Pawłowi, żeby częściej do niej jeździł. Gotowałam jej zupy, zapraszałam na niedziele, przypominałam o rocznicy śmierci teścia. Naprawdę ją lubiłam.

Tylko że z czasem każda jej potrzeba stawała się pilna. Zakupy nie mogły poczekać do jutra. Dekoder musiał być ustawiony podczas naszego obiadu. Gdy wyjechaliśmy z Zosią nad jezioro, Teresa zadzwoniła, że dziwnie stuka jej lodówka.

Paweł chciał wracać.

— A jeśli się zepsuje i wszystko się rozmrozi?

— Twoja mama ma sąsiadów. I telefon do fachowca.

Obraził się na resztę dnia. Wieczorem usłyszałam, że łatwo mi mówić, bo moja mama jeszcze ma męża.

Zaczęłam więc uważać na słowa. Potem na miny. W końcu nawet z ulgą przyjmowałam dni, kiedy Teresa nie dzwoniła. No, takie to było nasze spokojne życie.

Tamtego popołudnia Zosia miała grypę. Rano zbadała ją lekarka, zaleciła leki, płyny i obserwację. O szesnastej gorączka znowu wzrosła, córka zwymiotowała i rozpłakała się ze strachu. Chciałam tylko, żebyśmy byli przy niej oboje.

Po wyjściu Pawła usiadłam obok łóżka. Zmieniałam chłodne okłady i podawałam Zosi wodę po łyżeczce. Kiedy wreszcie zasnęła, napisałam do niego: „Proszę, wróć”.

Odpowiedział po dwudziestu minutach: „Mama zrobiła kolację. Zaraz ruszam”.

Wtedy coś we mnie puściło. Nie zaczęłam płakać. Odłożyłam telefon i wyjęłam z szafy torbę.

Zadzwoniłam do siostry.

— Anka, możemy u ciebie pomieszkać?

Nie zapytała, czy znowu przesadzam. Powiedziała tylko:

— Rozłożę kanapę. Przyjedźcie, kiedy Zosia będzie mogła.

Paweł wrócił po trzech godzinach. Miał pudełko sernika od matki. Postawił je na blacie i zobaczył torbę przy krześle.

— Co to ma znaczyć?

— Jutro jadę z małą do Anki. Dzisiaj zostaję, żeby jej nie wozić z gorączką.

Zaśmiał się krótko, nerwowo.

— Przez firanki?

— Nie. Przez to, że powiedziałam ci, że cię potrzebuję, a ty zostałeś u mamy na kolacji.

Usiadł. Przez moment wyglądał na przestraszonego.

— Ona jest sama. Ty masz mnie.

Patrzyłam na niego, aż odwrócił wzrok.

— Dzisiaj cię nie miałam.

Rozmawialiśmy szeptem, żeby nie obudzić Zosi. Powiedziałam o odwołanych planach, samotnych wizytach u pediatry, o tym, że od miesięcy boli mnie brzuch, kiedy słyszę jego telefon. Zaproponował, że zabierze nas w następną niedzielę do restauracji.

Nie rozumiał. A może jeszcze nie chciał.

Następnego ranka zadzwoniła Teresa.

— Paweł całą noc nie spał. Naprawdę chcesz rozbijać rodzinę, bo pomógł starej matce?

Oparłam czoło o kuchenną szafkę.

— Wczoraj prosiłam go, żeby został przy chorej córce.

— Ty jesteś młoda. Poradzisz sobie.

Właśnie to słyszałam od lat. Że sobie poradzę. I radziłam sobie, aż przestałam spać, jeść normalnie i poznawać siebie.

Wyjechałyśmy po południu, gdy gorączka opadła. Paweł zaniósł torbę do samochodu siostry. Zapytał, kiedy wrócimy.

— Nie wiem. Potrzebuję czegoś więcej niż obietnicy, że następnym razem odbierzesz telefon później.

Od sześciu tygodni śpimy u Anki. Dokładam się do rachunków, szukam niedrogiego mieszkania. Paweł regularnie widuje Zosię. Mnie namawia do powrotu, ale o terapii nadal mówi, że obcy człowiek nie będzie układał nam życia.

Czasem tęsknię tak, że otwieram naszą rozmowę i zaczynam pisać. Potem przypominam sobie, jak Zosia pytała tamtego wieczoru, czy tata wróci, kiedy będzie grzeczna.

Nie chcę, żeby moja córka dorastała w przekonaniu, że na czyjąś obecność trzeba zasłużyć. Czy naprawdę musiałam odejść, żeby moje „potrzebuję cię” wreszcie zostało usłyszane?