Po wybuchu gazu nie poznawałam własnej twarzy. Najtrudniej było mi uwierzyć, że ludzie wciąż widzą we mnie Natalię

— Mamo, zasłoń to lustro! Natychmiast je zasłoń! — krzyczałam, szarpiąc bandaż na szyi.

Mama rzuciła torbę z zakupami i podbiegła do mnie. Złapała mnie za nadgarstki, zanim zdążyłam zrobić sobie krzywdę. Płakałam tak mocno, że piekła mnie cała twarz.

— Natalia, proszę. Rany jeszcze się nie zagoiły.

— Jakie rany? Przecież ja już zawsze będę tak wyglądać!

Trzy tygodnie wcześniej wybuch gazu rozerwał pół klatki w naszym bloku w Łodzi. Wracałam akurat z zajęć. Kiedy przekręciłam klucz, poczułam dziwny zapach, ale nie zdążyłam nawet odłożyć plecaka. Huk pamiętam do dziś. Potem ogień, trzask szyb i przeraźliwe wycie alarmu samochodowego.

Obudziłam się w szpitalu. Mama siedziała obok łóżka w tej samej bluzie, w której widziałam ją przed wyjściem na uczelnię. Lekarz mówił o głębokich oparzeniach policzka, brody i szyi, przeszczepach skóry oraz długiej rehabilitacji. Słyszałam słowa, ale ich nie rozumiałam.

Miałam dwadzieścia dwa lata. Jeszcze rano narzekałam, że źle wyszłam na zdjęciu do legitymacji. Wieczorem nie wiedziałam, czy kiedykolwiek spojrzę w lustro.

Po powrocie do domu przestałam odbierać telefony. Zasłoniłam rolety. Gdy ktoś dzwonił domofonem, zamykałam się w łazience. Mama mówiła znajomym, że śpię albo źle się czuję.

Prawda była prostsza. Bałam się ich twarzy, tego krótkiego drgnięcia ust, spojrzenia uciekającego na blizny.

Najczęściej pisał Michał z mojego roku. Wysyłał notatki, zdjęcia tablicy i głupie wiadomości o wykładowcach. Nie odpowiadałam. Pewnego popołudnia usłyszałam jego głos w przedpokoju.

— Przyniosłem materiały dla Natalii.

— Ona nie chce nikogo widzieć — powiedziała mama.

— To niech nie wychodzi. Posiedzę pod drzwiami.

Myślałam, że żartuje. Po godzinie nadal tam był. Otworzyłam drzwi tylko na kilka centymetrów, z twarzą zasłoniętą kapturem.

— Czego chcesz?

— Oddać ci notatki.

— Możesz je zostawić.

— Mogę. Ale przyniosłem też drożdżówkę z serem, więc sprawa jest poważna.

Zaśmiałam się. Pierwszy raz od wybuchu. Zaraz potem rozpłakałam się i zatrzasnęłam drzwi.

Michał wracał co kilka dni. Nigdy nie mówił, że blizny są nieważne. Nie próbował mnie pocieszać na siłę. Opowiadał, co dzieje się na uczelni, narzekał na zatłoczone tramwaje i pił herbatę w kuchni, jakby moje życie nie rozpadło się na kawałki.

Mama tymczasem walczyła o terminy rehabilitacji. Dzwoniła od rana, pytała o świadczenia i tańsze maści. Pieniądze znikały błyskawicznie. Sama pracowała w szkolnej stołówce, a po wybuchu wynajmowałyśmy małe mieszkanie na obrzeżach miasta.

Pewnego wieczoru usłyszałam, jak płacze przy stole nad rachunkami.

— Sprzedam obrączkę — powiedziała cicho.

— Po tacie? Nie możesz.

— Mogę. Ciebie nie sprzedam, więc sprzedam obrączkę.

To zdanie zabolało bardziej niż ćwiczenia rozciągające skórę na szyi. Zrozumiałam, że nie tylko ja utknęłam w tamtym wybuchu.

Zgodziłam się na terapię. Na pierwszym spotkaniu z panią Joanną siedziałam w czapce i maseczce, chociaż w gabinecie było duszno.

— Czego najbardziej się pani boi? — zapytała.

— Że ktoś spojrzy.

— A jeśli spojrzy?

— To zobaczy potwora.

Pani Joanna długo milczała.

— A pani co widzi?

Nie odpowiedziałam. W domu stanęłam przed lustrem. Najpierw na kilka sekund. Potem na minutę. Blizny były czerwone, nierówne, obce. Ale oczy miałam te same.

Pierwsze wyjście odbyłam z mamą. Poszłyśmy do osiedlowej apteki. Starsza kobieta w kolejce patrzyła na mnie zbyt długo. Serce waliło mi jak szalone.

— Może się pani nie gapić? — wypaliła mama.

Chciałam uciec, ale zostałam. Kupiłam opatrunki własnym głosem. Wróciłam do domu wyczerpana, a jednocześnie dziwnie dumna.

Kilka tygodni później Michał odprowadził mnie na uczelnię. Przed wejściem nogi odmówiły mi posłuszeństwa.

— Wszyscy będą patrzeć.

— Pewnie część będzie — przyznał. — A potem zaczną myśleć o zaliczeniach, obiedzie i swoich problemach. Ludzie są mniej skupieni na nas, niż nam się wydaje.

Weszłam. Ktoś odwrócił wzrok, ktoś powiedział zwykłe „cześć”. Jedna koleżanka mnie przytuliła. Nie było cudu. Było trudno, niezręcznie i prawdziwie.

Nadal mam dni, kiedy zasłaniam szyję i nie chcę wychodzić. Ale już wiem, że blizny nie odebrały mi prawa do życia.

Czy można zaakceptować siebie, jeśli świat czasem patrzy bez litości? Ja wciąż się tego uczę — krok po kroku.