Ostatni list Ani: Historia ojca, który musiał nauczyć się wybaczać
— Nie! Aniu, nie wychodź jeszcze! — krzyknąłem, widząc jak moja córka zbiega po schodach, z plecakiem przewieszonym przez ramię. Miała wtedy siedemnaście lat, a ja wciąż nie mogłem pogodzić się z tym, jak szybko dorasta. Zatrzymała się na półpiętrze, spojrzała na mnie z uśmiechem, który zawsze rozświetlał nasz dom.
— Tato, spóźnię się na autobus! — odpowiedziała, a ja tylko westchnąłem i podałem jej kanapkę, którą przygotowałem na szybko.
To był ostatni raz, kiedy widziałem ją żywą.
Półtorej godziny później zadzwonił telefon. Numer nieznany. Odbierając, jeszcze nie wiedziałem, że ten dźwięk roztrzaska moje życie na milion kawałków.
— Czy pan Dariusz Nowak? — zapytał męski głos. — Tu aspirant Kowalczyk z Komendy Miejskiej Policji w Krakowie. Musi pan natychmiast przyjechać do szpitala na Kopernika.
Nie pamiętam drogi. Pamiętam tylko światła sygnalizacji odbijające się w mokrych szybach i własne serce bijące jak oszalałe. W szpitalu czekała na mnie żona, Marta. Jej twarz była biała jak ściana. Lekarz powiedział tylko jedno zdanie: „Przykro mi, państwa córka nie przeżyła.”
Wtedy świat się zatrzymał.
Przez pierwsze tygodnie żyłem jak automat. W domu panowała cisza, której nie dało się znieść. Marta zamknęła się w sobie, a ja próbowałem być silny dla nas obojga. Ale każda rzecz przypominała mi o Ani: jej ulubiony kubek z kotkiem, zeszyty porozrzucane na biurku, zapach perfum unoszący się w łazience.
Najgorsze były noce. Budziłem się zlany potem, słysząc jej śmiech gdzieś w oddali. Czasem miałem wrażenie, że zaraz wejdzie do pokoju i powie: „Tato, miałam dziwny sen.”
Po miesiącu dowiedziałem się, kto prowadził samochód, który uderzył w autobus z Anią. Michał Wójcik — chłopak z naszej dzielnicy, ledwie osiemnaście lat. Jechał za szybko, stracił panowanie nad kierownicą. Był trzeźwy. Po prostu głupi błąd młodego człowieka.
Przez długi czas żywiłem do niego nienawiść. Wyobrażałem sobie, jak staję przed nim na sali sądowej i krzyczę mu w twarz wszystko to, co czułem: ból, rozpacz i gniew. Ale kiedy przyszło do konfrontacji, Michał siedział skulony na ławce oskarżonych, płakał i powtarzał: „Przepraszam.”
Po rozprawie podszedł do mnie jego ojciec — pan Stanisław. Mężczyzna o twarzy pooranej zmarszczkami i oczach pełnych łez.
— Panie Dariuszu… — zaczął drżącym głosem. — Nie wiem, co powiedzieć… Mój syn… On nie śpi po nocach… Ja też…
Patrzyliśmy na siebie przez chwilę w milczeniu. Chciałem go znienawidzić, ale widziałem w nim siebie — ojca, który też stracił dziecko, choć w inny sposób.
Marta nie chciała słyszeć o wybaczeniu. — Jak możesz o tym myśleć? — krzyczała podczas jednej z naszych kłótni. — On zabił naszą córkę! Nigdy mu nie wybaczę!
Ale ja czułem, że jeśli tego nie zrobię, to nigdy nie zaznam spokoju. Zacząłem pisać listy do Ani. Pisałem o wszystkim: o tym, jak bardzo za nią tęsknię, jak bardzo ją kocham i jak bardzo boli mnie to, co się stało. Pisałem też o Michale — o chłopaku, który przez jeden moment nieuwagi odebrał mi wszystko.
Któregoś dnia spotkałem Michała przypadkiem na cmentarzu. Stał przy grobie Ani z bukietem białych róż. Zobaczył mnie i chciał uciec, ale go zatrzymałem.
— Michał — powiedziałem cicho. — Nie uciekaj.
Spojrzał na mnie ze łzami w oczach.
— Przepraszam… Ja… Ja nie wiem, jak mam żyć dalej…
Wtedy pierwszy raz poczułem coś innego niż gniew. Może to była litość? Może współczucie? Nie wiem. Po prostu położyłem mu rękę na ramieniu.
— Musisz żyć dalej — powiedziałem. — Dla Ani… dla siebie… dla swojego ojca.
Od tamtej pory zacząłem powoli wracać do życia. Marta długo nie mogła mi tego wybaczyć. Nasze małżeństwo wisiało na włosku. Przez wiele miesięcy chodziliśmy obok siebie jak cienie dawnych siebie.
Pewnego wieczoru usiedliśmy razem przy stole. Na środku leżały listy do Ani.
— Przeczytaj je — poprosiłem Martę.
Czytała długo, płakała jeszcze dłużej. Potem po raz pierwszy od miesięcy przytuliła mnie mocno.
— Może kiedyś nauczę się wybaczać — wyszeptała.
Dziś mija rok od śmierci Ani. Wciąż boli tak samo mocno, ale nauczyłem się żyć z tym bólem. Spotykam się czasem z Michałem i jego ojcem na cmentarzu. Rozmawiamy o Ani, o życiu i o tym, jak trudno jest pogodzić się z losem.
Często pytam siebie: czy naprawdę można wybaczyć komuś, kto odebrał ci wszystko? Czy wybaczenie to akt odwagi czy słabości? Może to jedyny sposób, by samemu przetrwać?
A Wy? Czy potrafilibyście wybaczyć?